Spacer po Bali

Większości z Was Bali zapewne kojarzy się z pięknymi plażami rodem z turystycznych folderów albo z Ubud –  uduchowionym klimatycznym miasteczkiem. Większość z Was nie wie, że szukając tych miejsc, najprawdopodobniej szybko się rozczaruje, bo trudno na Bali o najpiękniejsze z pięknych plaż, a Ubud swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Dlatego dziś chciałabym pokazać Wam mniej znany fragment Bali, tę cześć wyspy, gdzie mieszkam – kawałek południowo – zachodniego wybrzeża. Po prostu zwyczajne miejsce.

spacer po Bali

Wioska kraba

Założę się, że jeszcze kilka lat temu nazwa mojej wioski w ogóle nie widniała w przewodnikach turystycznych. Do dziś zresztą tłumacząc, gdzie mieszkam, podaję nazwę Tanah Lot, czyli nazwę jednej z najbardziej znanych i najbardziej charakterystycznych świątyń na Bali, bo kiedy mówię, że mieszkam w Kedungu, najczęściej ludzie zupełnie nie potrafią tej wioski umiejscowić na mapie. Choć może to i dobrze?

Kedungu jest niewielką miejscowością położoną na południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy i znane jest przede wszystkim surferom, bo na lokalnej plaży mogą liczyć na wspaniałe warunki do uprawiania tego sportu. Jej nazwa oznacza „kraba”, ale nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek trafiła na jakieś większe ilości tych stworzeń. W zasadzie nie ma tu nic specjalnego oprócz sympatycznej tradycyjnej wioski, długiej szerokiej plaży, a w zasadzie kilku plaż i otoczenia zielonych pól ryżowych. Powstało tu kilka niewielkich hoteli, przeznaczonych właśnie dla surferów i osobiście mam wielka nadzieję, że Kedungu jeszcze długo pozostanie takim, jakim jest i nie zmieni się z powodu turystyki tak, jak zmieniło się Pererenan, czyli wioska, w której mieszkałam przez kilka ostatnich lat. Teraz jeżdżąc w tamte strony mam wrażenie, że to zupełnie inny świat, mimo że obie wioski dzieli zaledwie kilka kilometrów. I cieszę się, że zdecydowałam się na przeprowadzkę. Dziś zabiorę Was na spacer w Kedungu, dokładnie taki, na jaki często wybieram się z moimi psami. 

Balijska wieś

Jeśli z głównej drogi w Kedungu prowadzącej w kierunku plaży skręcimy w lewo zaraz na pierwszym skrzyżowaniu przy wjeździe do wioski, będziemy na drodze prowadzącej na pola ryżowe. Najpierw miniemy kilka zabudowań, w tym świetną wypożyczalnię nietuzinkowych motorów, a potem jesteśmy już w miejscu, z którego, przy dobrej pogodzie roztaczają się widoki na wulkany. Przy odrobinie szczęścia możemy tam podziwiać wszystkie najważniejsze góry Bali, najpierw pasmo na zachodzie, na czele z imponującym Gunung Batukaru, drugim pod względem wysokości szczytem na wyspie, a potem kolejno Batur, Abang, a nawet majestatyczny Agung, który znajduje się po przeciwnej stronie wyspy.

Szutrowa i dziurawa droga poprowadzi nas do kolejnego skrzyżowania, gdzie po minięciu tradycyjnych balijskich zabudowań ze świątyniami ustawionymi przed domami, skręcamy już w pola ryżowe mało zachęcającą, bo bardzo dziurawą ścieżką. Lubię to miejsce, bo tam zawsze coś się dzieje. Albo sąsiedzi, a właściwie sąsiadki sadzą ryż; albo potem doglądają pola, kiedy ryż rośnie; albo można podziwiać ryżowe żniwa; albo przyjeżdzają kaczki. Przyjeżdżają na podstawie niepisanej umowy pomiędzy właścicielem pola a właścicielem kaczek w momencie, kiedy na polu nie ma już ryżu i zostaje zalane wodą przed przygotowaniem do siania. Kaczki mają za zadanie najeść się różnych insektów, kijanek, małych węgorzy, a potem użyźnić pole. Stado takich kaczek to naprawdę fajny widok i można na nie patrzeć wręcz całymi godzinami, jak całą gromadą podążają w jednym kierunku. Psy niestety muszą być wtedy na smyczy, w przeciwnym wypadku z całą pewnością pogoniłby kaczki i, co więcej, mam poważne przypuszczenia, że nie tylko na tym by się to skończyło. 

A sam ryż wygląda pięknie niemalże o każdej porze. W zalanych wodą polach pięknie odbijają się palmy; orzeźwiająco zielony kolor dorastającego ryżu działa naprawdę relaksująco; a kiedy ryż już dorośnie, można podziwiać dorodne żółtawe kłosy. Moim ulubionym punktem widokowym jest drewniana platforma, którą ustawiono wśród pół, aby je doglądać z góry i zapewnia ona rewelacyjny widok nie tylko na ryż, ale również morze. Bo doszliśmy już całkiem blisko plaży. Jeszcze na nią wrócimy, tymczasem chciałabym Was zabrać najpierw do świątyni Tanah Lot, o której wspomniałam na samym początku, bo to zaledwie kilka minut dalej. 

Tanah Lot

To jedna z najpopularniejszych świątyń na Bali. Swą sławę zawdzięcza przede wszystkim widowiskowym zachodom słońca, które w czasach przed pandemią lubiły podziwiać setki, a może i tysiące osób. Zwykle wiec unikałam tego miejsca wieczorową porą, bo powrót na południe, gdzie wówczas mieszkałam i gdzie często zatrzymują się turyści, oznaczał po prostu stanie w ciągnącym się w nieskończoność korku na wąskich balijskich drogach. W świetle dnia to miejsce również wyglada całkiem przyzwoicie, więc jeśli nie lubicie tłumów, a przede wszystkim wielogodzinnych korków, to polecam wcześniejsze godziny. 

Tanah Lot oznacza tyle, co „ziemia w morzu”, bo to właśnie skala wyłaniająca się z morza.  Słynną dziś świątynię miał założyć w XVI wieku kapłan Dang Hyang Nirartha uznając, że jest to miejsce wręcz idealne, by oddawać cześć balijskim bogom morza. Dziś Tanah Lot jest jedna z siedmiu świątyń chroniących Bali przed siłami morza, a jej głównym bóstwem, jest właśnie bóg morza, czyli Baruna. Mówi się również, że w skałach przy świątyni mieszkają jadowite węże chroniące świątynię przed złymi duchami, a jeden z nich, miał powstać jeszcze w XVI wieku z szarfy Nirarthy. 

Aby dojść do świątyni trzeba przejść przez niemal miasteczko różnorodnych sklepików, w których znajdziemy nie tylko różnego rodzaju pamiątki z Bali, ale także ubrania, a wszystko to w naprawdę dobrych cenach, często niższych nawet o 70% od ceny wyjściowej. Tak, podobnie jak w wielu innych miejscach na Bali, również i tu trzeba się targować. Pamiętajmy jednak, aby zachować przy tym odrobinę rozsądku, bo często zdarzy się tak, że kwoty dla nas niewielkie, będą bardzo odczuwalne dla balijskich rodzin. 

Ukryta plaża

Zmierzając do świątyni z Kedungu odbiliśmy nieco na południe, więc musimy wrócić na starą ścieżkę. Podczas odpływu wystarczy przejść po kamieniach przy rzeczce wpadającej do morza i już z powrotem jesteśmy na terenie wioski. W tej okolicy znajdziemy niewielką kapliczkę wybudowaną również na skałach, a zaraz obok – dwie plaże. Pierwsza jest niewielka, ale bardzo klimatyczna, natomiast jeszcze większe wrażenie z całą pewnością będzie robić plaża druga, do której można przejść po łąkach niemal przylegających do morza.

Tę plażę wraz ze znajomymi nazywaliśmy „Hidden Beach”, czyli ukryta plaża, bo podczas wiosennych miesięcy, kiedy na Bali były utrudnienia z przemieszczaniem się po wyspie w związku z pandemią, bywaliśmy tam zwykle zupełnie sami. Kilka miesięcy temu okazało się jednak, że plaża nie jest tak ukryta, jak nam się wydawało, a wręcz przeciwnie – jest całkiem popularnym miejscem na pikniki wśród mieszkańców Tabanan, czyli dużego miasta położonego o ok. 15-20 minut drogi od Kedungu. Ubolewam nad tym faktem bardzo, bo pikniki w wydaniu indonezyjskim oznaczają niestety wypaloną trawę i mnóstwo śmieci, których ludzie nie raczą zabrać ze sobą, tylko zostawiają je tam, gdzie akurat przebywają. Mam nadzieję, że wioskowe władze zrobią z tym w końcu porządek, choć może być z tym różnie, choćby dlatego, że po ponownym otwarciu wioski na przybyszy z zewnątrz, ta konkretnie okolica zaczęła się bardzo rozwijać – wybudowano tam huśtawki do klimatycznych zdjęć podczas zachodów słońca i powstało mnóstwo warungów, czyli niewielkich lokalnych knajpek, w których kupić można jedzenie oraz napoje, wszystko niestety w plastikowych opakowaniach. 

A szkoda, bo ta plaża to jedno z najbardziej malowniczych miejsc w okolicy. Czarny piasek, imponujące formacje skalne, rozbijające się o nie wielkie fale, a obok zielone łąki i pasące się na nich urocze brązowe krowy. Magia, w szczególności o zachodzie słońca. 

Balijskie wrota

Aby dojść na główną plażę w Kedungu, musimy przejść pola ryżowe usytuowane tuż obok plaży, a następnie przez tradycyjne balijskie wrota. W balijskiej kulturze takie wrota znane są pod nazwą candi bentar i uważane są za święte. Funkcjonują jako portale łączące świat fizyczny z duchowym oraz wyznaczają linię pomiędzy miejscami świętymi a światem zewnętrznym. Mówi się również o nawiązaniu do legendy o górze Meru, na szczycie której, wg indonezyjskiego mitu, mieszkają bogowie. Bóg Śiwa miał przenieść Meru z Indii do Indonezji, a następnie podzielić górę na dwie połówki które stały się baturem i Agungiem – najważniejszymi balijskim wulkanami. To jednocześnie wyjaśnienie charakterystycznego kształtu wrót – mają symbolizować rozdzieloną świętą górę Meru. Te nasze wiosłowe najciekawiej wyglądają o zachodzie słońca. 

spacer po Bali

Po przejściu przez wrota możemy zasiąść na piwo w jednej z nielicznych wioskowych knajpek, czyli Fat Hog, ale my bywamy tam rzadko, bo w tej okolicy zwykle jesteśmy w towarzystwie psów, a z nimi akurat do tej knajpki wejść nie możemy. Zamiast tego schodzimy zatem prosto  na plażę i tam w ramach przerwy zasiadamy w jednej z maleńkich knajpek przy plaży. Te w ofercie mają zwykle proste indonezyjskie jedzenie typu nasi goreng, czyli smażony ryż, napoje, przegryzki i inne smakołyki. My zwykle decydujemy się na kukurydzę z grilla (w Indonezji nauczyłam się ją jeść w wersji słodko-ostrej) lub na mój ulubiony klepon, czyli deser w wydaniu balijskim, na który składają się kulki z mąki ryżowej z syropem palmowym posypane startym kokosem. Prawdziwe niebo w gębie! Nasza ulubiona Ibu Mangku, czyli właścicielka jednej z knajpek, już wie, że chętnie wypijemy też kokosa, którego potem nam otworzy, aby pies Charlie mógł zjeść jego miąższ, który wprost uwielbia.

Wieczorem…

Na szerokiej plaży zwykle spotkać można surferów, a po południu często staje się ona boiskiem dla chłopaków grających w piłkę nożną i idealnym miejscem na spacery. My wybieramy tę drugą wersję i już za moment na czterech psich pyskach widać stuprocentową radość. Plaża jest rewelacyjnym miejscem na relaks. Tuż przy niej rosną palmy kokosowe, a przy odrobinie szczęścia można spotkać nawet rybaków wracających z połowu. Idziemy aż do Pig Stone Beach nazwanej tak z powodu znajdującego się tam kamienia przypominającego nieco świnię i niezwykle klimatyczną drogą wśród pół ryżowych wychodzimy na szosę, aby tam zatrzymać się na chwilę w Joshua District. To niemalże lokalna instytucja skupiająca artystów, osoby pracujące online i wielbicieli dobrej kuchni. Idealne miejsce na zakończenie dnia i podziwianie zachodu słońca z widokiem na pola ryżowe. I oby tak zostało jak najdłużej.

spacer po Bali


Przygody Ani możesz śledzić na jej blogu wAzji.pl, na jej Fanpage oraz na Instagramie.


#razemwdrogę w Lizbonie