slow life

Życie w rytmie slow według Renaty – post gościnny

Przyszedł czas na ostatni w tym roki post gościnny o slow life. Nie martw się jednak, wspaniałe teksty już ustawiają się w kolejce. Rok 2019 będzie pełen wspaniałych opowieści.
W cyklu tym pytam fantastyczne kobiety, czym jest dla nich życie w rytmie slow. Jak w różnych zakamarkach świata udaje im się wprowadzać slow life do codzienności.
Sama jestem niezwykle ciekawa ich historii.
Zapraszam na nie w każdą drugą sobotę miesiąca. 

Dziś Renata z bloga Renifer na emigracji, autorka książki Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy. 

slow life

Skandynawskie slow life

Właśnie mija 20 lat odkąd zamieszkałam w Norwegii. Gdy opuszczałam dom rodzinny, planowałam, że do Polski wrócę za kilka miesięcy, nie zdawałam sobie jednak sprawy, że Skandynawia mnie tak urzeknie. Nikt chyba nie przypuszczał, że postanowię zagrzać tu miejsce znacznie dłużej.

Od 2 lat tworzę bloga renifernaemigracji.pl, a ostatnio napisałam i wydałam książkę Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy. Można w niej znaleźć wiele odniesień do tego, jak wygląda norweska codzienność, a na kolejnych stronach opisuję rok z mojego życia na emigracji. W książce wiele razy próbuję też pokazać czytelnikom, na czym polega skandynawskie rozumienie pojęcia slow life.

Czym jest dla mnie slow life?

Dla mnie znaczy to tyle, co żyć tu i teraz, bez pośpiechu, rezygnując z nieustannego pędu, być uczestnikiem, a nie tylko obserwatorem tego co się wokół nas dzieje. Myślę, że wiek, otoczenie, charakter, też mają wpływ na to, jak wygląda nasze życie. W końcu sami narzucamy sobie określone tempo. Jedni pędzą w poszukiwaniu szczęścia, nowych doznań, realizując kolejne wyznaczone cele, inni wolą się czasem przystanąć, skupić się na tym, co w życiu ważne, niekiedy zwyczajnie sobie coś odpuścić.

Jako dwudziestolatka nie wyobrażałam sobie siebie w slow life. Moje życie było wtedy niczym zabawa na trampolinie. Pełne zaskakujących zwrotów akcji, wzlotów i upadków. Gdy człowiek jest młody, nie myśli o konsekwencjach szaleństw, im więcej się dzieje, tym lepiej. Z czasem jednak warto zwolnić.

W końcu przychodzi moment, gdy możemy bardziej intensywnie skupić się na sobie i swoich potrzebach. Kiedyś przeczytałam duński raport o tym, że najszczęśliwsze są kobiety w wieku 36-40 lat. Choć nie jest już wtedy tak łatwo zregenerować się po nieprzespanej nocy, to jednak doświadczenie i wiedza rekompensują nam te i inne niedogodności. W tym wieku już nic nie musimy, ale robimy to, co rzeczywiście chcemy. W końcu osiągnęłyśmy już większość tego, za czym w młodości goniłyśmy: mamy wykształcenie, pracę, samodzielne dzieci, a to oznacza, że nastaje idealna pora, by trochę zwolnić i wrzucić na luz. To niesamowite uczucie móc cieszyć się chwilą, doceniać ciszę i spokój, znajdować czas na własne zainteresowania. W końcu nikt nie lubi być poganiany, żyć pod nieustanną presją, bo wtedy można zagubić siebie i swoje potrzeby, stać się swego rodzaju bezrefleksyjnym automatem.

slow life

Dwa życia

Slow life to życie uważne i rozważne. Nie ma jednej prostej definicji, bo każdemu co innego przynosi spokój i ukojenie. Może to być zarówno medytacja, jak i bieganie, życie blisko natury, uprawianie ogródka… po prostu minimalizm. Wystarczy że dbamy o środowisko, sortujemy śmieci, używamy toreb wielokrotnego użytku, staramy się być eko, a już idee słow life nie są nam obce.

Przeczytałam gdzieś, że wielu z nas może mieć dwa życia. Pierwsze – w biegu, w pogoni za marzeniami, realizacją planów i ambicji zawodowych, a drugie – gdy już się zrozumie, że życie jest tylko jedno, więc trzeba starać się przeżyć je jak najlepiej. To podejście bardzo dobrze odpowiada idei slow life. Refleksja jest bowiem potrzebna, by docenić to co mamy, co do tej pory osiągnęliśmy, tzw. mindfullness (uważność), a przecież czasem tak łatwo zapomnieć i odpowiednio docenić takie wartości jak zdrowie czy rodzina. Slow life to cieszyć się tym co mamy, a nie wymagać od siebie i innych wciąż tylko więcej i lepiej.

Lepiej być niż mieć

Ja staram się cieszyć drobiazgami i czerpać z nich radość: wspólne rozmowy z rodziną przy obiedzie, kawa z koleżanką, spacer z mężem, wypieki z synem, wspólny film z córką, śpiew ptaków, rześkość powietrza – to takie małe radości, które są dla mnie bardzo ważne. Ponadto staram się zachować dystans i równowagę między życiem prywatnym i zawodowym. Oczywiście – wszystko jest dla ludzi, tylko nie zapominajmy – z umiarem. Czasem naprawdę warto zwolnić tempo, zatrzymać się, zastanowić się nad własnymi potrzebami. Rozwaga i równowaga przydają się w życiu. Trzeba zawsze wygospodarować czas na wypoczynek, hobby, spotkania ze znajomymi. Lepiej być niż mieć.

Człowiek jest tak naprawdę stworzony do życia slow. Wystarczy spojrzeć wstecz i choć na chwilę spróbować powrócić do korzeni, do zwyczajów naszych dziadków. Oni swoje życie podporządkowywali rytmowi wyznaczanemu przez przyrodę – wcześnie, bo niedługo po zachodzie słońca kładli się spać, a wstawali z kurami. Tak jesteśmy „zaprogramowani”. Dlatego czasem warto zwolnić i dać własnemu organizmowi odpocząć i się zregenerować.

Szczególnym czasem na wdrożenie w życie idei slow life jest dla mnie okres jesienno – zimowy, kiedy to po letnich szaleństwach i przygodach, wszystko spowalnia, robi się ciemno, a my mamy dzięki temu więcej czasu na refleksje czy proste, odprężające czynności jak zbieranie jagód czy grzybów, wypady pod hytte, długie spacery, obserwowanie odlatujących ptaków, wdychanie świeżego, nieco ostrego powietrza. Warto wtedy skupić się na tym co nas otacza, na pięknie natury i cieszyć się z tego, że możemy go doświadczać.

Małe przyjemności

W Norwegii surowy klimat i kapryśna pogoda wręcz nakazują nam, byśmy byli dla siebie mili i życzliwi. Wystarczą proste gesty. Gdy odprowadzasz dziecko do przedszkola, na drzwiach sali wisi kartka z życzeniami miłego piątku i informacją, żeby na dobry początek dnia poczęstować się gorącą kawą. W mojej pracy, w piątki, w porze lunchu zawsze ktoś przynosi coś słodkiego do kawy i wtedy jest jeszcze przyjemniej. Takie małe drobnostki wywołują uśmiech na twarzach innych, a kto nie lubi, gdy się do siebie uśmiechamy?

Hygge

Dla mnie slow life ma wiele wspólnego ze skandynawskim hygge, tj. uprzyjemnianiem sobie wolnego czasu, spędzaniem miłych chwil samemu, jak i wspólnie z naszymi bliskimi. Siedzimy pod kocem, czytamy dobrą książkę, obok na kanapie leży leniwie mruczący kot, na stoliku stoi parujący jeszcze kubek z kakao, a salon zalewa ciepło z kominka oraz rozlega się trzask palonych polan drewna.

slow life

Świąteczny slow life

Przygotowywanie prezentów dla bliskich to też swego rodzaju slow life. Ja w każdym razie uwielbiam ten czas, gdy wybieram w sklepie wełnę, by później, wieczorami siedzieć i dziergać skarpetki dla moich bliskich, oglądając przy tym film, słuchając muzyki, rozmawiając z rodziną, a czasami siedząc w zupełnej ciszy. Takie prezenty od serca, gdy poświęciliśmy wiele czasu, a czasami i wysiłku, tworząc coś dla naszych bliskich, mają dla mnie specjalne znaczenie.

Inna prosta rzecz, dająca wiele radości to wypiekanie ciasteczek. Jest ich aż 7 rodzajów, a później wraz z dziećmi robimy też domek z piernika. Ale norweskie slow life to dla mnie też podziwianie tańczącej na niebie, magicznej zorzy polarnej. To niesamowity spektakl, a obserwowanie go pozwala wyłączyć myśli o problemach dnia codziennego i przenieść się na chwilę w wyjątkowy, magiczny, bajkowy świat.

Więcej o slow life znajdziesz w mojej książce pt: Przystanek Norwegia. W poszukiwaniu zorzy.

slow life