czym jest dla mnie slow life?

Życie w rytmie slow według Agnieszki – post gościnny

W nowym roku pojawią się nowe historie z cyklu:
czym jest dla mnie slow life?
Fantastyczne kobiety, które do niego zaprosiłam opowiedzą, jak w różnych zakamarkach świata udaje im się wprowadzać slow life do codzienności.
Sama jestem niezwykle ciekawa ich opowieści.
Zapraszam na nie w każdą drugą sobotę miesiąca. Obiecuję, że w 2019 będzie się działo.

Dzisiaj Agnieszka, czyli po prostu Baba Joga. Znajdziesz ją też na Instagramie.

Czy ja żyję w rytmie slow?

Chyba tak. Nawet jeśli czasem mój tydzień na urlopie wychowawczym jest bardziej wypełniony spotkaniami, niż kiedy pracowałam…

Czym jest dla mnie slow life? To nie tylko robienie mydełek, dzierganie czy niespieszne spacery z wózkiem. Slow life to dla mnie dość skomplikowany system wartości, według których pragnę żyć. Powiązane ze sobą niteczki tych wszystkich aspektów życia, które mnie interesują tkają coraz mocniejszą tkaninę.

A zaczęło się od …

…sięgnięcia dna.

Pewnego dnia, gdy rozchorowałam się w toksycznej pracy na tle nerwowym. Dostałam kolejnego agresywnego, szkalującego mejla, przed którym nie potrafiłam się uchronić. Czasem z nerwów w uchu odkładają się kryształki, a te powodują ze błędnik szaleje. W głowie pojawia się helikopter. Żeby zwymiotować „jak człowiek” w łazience, musiałam pełzać po podłodze i to właśnie wówczas powiedziałam: dość tego. To wtedy zdecydowałam, że ja przecież pragnę w życiu czegoś innego. Pragnę pracować, by spędzać miły czas z rodziną i przyjaciółmi, a nie po to, by być docenioną przez pseudo kolegów, szefów czy klientów. Kim ja jestem? Zaledwie trybikiem w tej wielkiej maszynie…

Przeanalizowałam swoją sytuację

Tak, pracowałam od pierwszego do pierwszego, byłam więźniem kredytów i długów. Tkwiłam w tej znienawidzonej przeze mnie pracy z obawy, że nie poradzę sobie finansowo za mniejszą pensję. Mój budżet był niezrównoważony, a ja czasem kupowałam rzeczy w sposób kompulsywny, żeby wynagrodzić sobie brak czegoś, frustrację, żeby zrobić sobie przyjemność i tak dalej. Na tapetę wzięłam każdy element budżetu domowego. Zaczęłam spisywać wszystkie koszty mojego życia włączając w to kawę i Snikersa z automatu. Odkryłam, że ten słynny budżet na to, „by coś do garnka włożyć” nie znajduje się na pierwszym miejscu moich wydatków. Zaczęłam uważnie przyglądać się temu, na co przeznaczam pieniądze i ostrożnie zaczęłam oszczędzać.

Nigdy nie lubiłam słowa „oszczędzać”, co wynikało ze skomplikowanej historii rodzinnej. „Oszczędzanie” miało dla mnie bardzo negatywny wydźwięk, kojarzyło mi się bowiem z poświeceniem czegoś kosztem czegoś innego.

czym jest dla mnie slow life?

Z pomocą przyszedł minimalizm

Posiadać mniej to też kupować mniej i kupować inaczej. Cieszyć się z tego, co się ma. Konsumować inaczej. Zainteresowałam się produkcją lokalną, a że w moim mieście możliwe jest niemal całkowicie jedzenie produktów regionalnych, ubieranie się w ciuchy szyte przez miejscowe krawcowe lub wybieranie szykownych strojów w second handach (moje Rodeo Drive), to czemu by do tego nie dążyć?

Zredukowałam szafę, zredukowałam kosmetyki…

A potem przyszła pora na mięso. Minimalizm spożywczy oznacza przede wszystkim jeść mniej, ale dobrej jakości. Na początku zaprzestałam więc kupowania mięsa w hipermarkecie. Trochę naiwnie łudziłam się, że kupując mięso u rzeźnika, wspieram lokalną hodowlę bydła. Poniekąd jest to prawda, jednak analizując skąd pochodzi mięso i robiąc to szczerze, nie przechodzi się, jak w reklamie – od szczęśliwej krowy do steka u rzeźnika, bez przejścia przez rzeźnię.  

czym jest dla mnie slow life?

Oczywiście myślałam, że w kraju takim jak Francja, gdzie istnieją normy związane z przemysłem spożywczym, zwierzęta są znieczulane przed śmiercią. Jak jednak pokazują filmy stowarzyszenia L214 (odpowiednik polskich Otwartych Klatek ) – nie są. Nie będę ciągnąć tematu rzeźni, bo nie chodzi mi o nawracanie kogokolwiek. Chodzi mi o wskazanie mojej ścieżki „slow”.

Analizując dogłębnie większość procesów, dochodzę często do punktu, z którego nie ma odwrotu. Kiedy już uświadomiłam sobie, że rzeźnia to nie tylko śmierć zwierząt w mękach, ale również problemy psychiczne pracowników, którzy uśmiercają każdego dnia setki zwierząt, wybrałam wykluczenie siebie z tego procesu. Podobnie poszło z mlekiem czy jajkami.

Każdy decyduje o sobie

Żyję w rodzinie, w której każdy jest na innym etapie refleksji. Mój mąż nie podziela moich przekonań i kupuje tanie mięso z kurczaka dla naszego pupila (podczas gdy ja zamawiam mu wege-karmę). Slow life to dla mnie także kompromisy, takie jak sposób żywienia mojego psa.

Kiedy ogarnęłam budżet, stan posiadania i filozofię konsumpcji dóbr doczesnych, naturalnie przyszedł czas na relacje… 

Relacje z otoczeniem…

Nie tylko z bliskimi, ale również relacje w kontekście społecznym. Z natury jestem raczej odważna (naiwna?), ale nagle okazało się, że coraz mniejszą rolę w moich decyzjach odgrywa strach. Strach przed tym, czy coś wypada, co ludzie powiedzą, strach przed wykluczeniem czy brakiem akceptacji. Nie jestem idealną matką dla mojej córki, idealną macochą, żoną, idealną córką, siostrą, przyjaciółką ani sąsiadką. Ale ważnym dla mnie stało się, żeby działać w zgodzie ze sobą. A przynajmniej chciałam do takiej wewnętrznej zgody dążyć. Na początku było trudno – bo przecież „zawsze tak robimy, a ty teraz to zmieniasz”. Ale dlaczego by nie spróbować? Życie z mniejsza ilością strachu jest piękne. Postanowiłam być sobą w społeczeństwie.

Akcje społeczne

Nie mogę brać udziału w wyborach parlamentarnych czy prezydenckich we Francji, ale zamiast skupiać się na wynikających z administracyjnej rzeczywistości blokad, postanowiłam zwrócić się w stronę akcji, na które mogę mieć wpływ. Dla mnie jest to działalność w stowarzyszeniach na kilku różnych poziomach. Od opłacania składek członkowskich, przez branie udziału w happeningach i eventach, po pełnienie funkcji w zarządzie stowarzyszeń. Wybieram takie dziedziny życia, które są dla mnie ważne: feminizm, weganizm, ochrona szeroko pojętej natury, prawa zwierząt, ruch „zero waste”. Zdałam sobie sprawę, że najważniejsza jest regularność w działaniu, a nie jednorazowy zryw. Prócz naturalnej odwagi (naiwności) wypracowuję w sobie mnóstwo cech charakteru, które pragnęłam zmienić.

czym jest dla mnie slow life?

Okazało się, że ze słomianego ognia stałam się raczej maratończykiem: zapisuję sobie ważne dla mnie cele, rozpisuję długoterminowe plany, a kiedy dopada mnie zniechęcenie, daję sobie odpocząć. Po czym zaglądam do swoich notatek i przypominam sobie „po co to wszystko”. I to wtedy właśnie znajduję nową energię.

Pomaga mi w tym także praktyka jogi, do której niedługo, po przerwie „na czwarty trymestr ciąży” już mam nadzieję powrócić.


Poczytaj też inne slow historie z 2018 roku.