slow life na Svalbardzie

Życie w rytmie slow według Zuzy – post gościnny

Slow life na Svalbardzie.

Dziś kolejny post gościnny o slow life.
Kolejny post z cyklu, w którym pytam fantastyczne kobiety, czym jest dla nich życie w rytmie slow. Jak w różnych zakamarkach świata udaje im się wprowadzać slow life do codzienności.

Dzisiaj ze swoją historią przyszła do nas Zuza, którą poznaliście już podczas wywiadu. Wtedy opowiadała nam, jak to było przeprowadzić się z psem Majorem do zimowej krainy.
Zuzę znajdziesz na Instagramie.

slow life na Svalbardzie

Moment na refleksję…

Tak naprawdę nie zastanawiałam sie nad tym, że od czasu przeprowadzki na Svalbard moje życie zwolniło o 90% i podobno prowadzę slow life? Zaproszenie od Martyny skłoniło mnie do wielu refleksji i przywołania kilku wspomnień z ubiegłego roku…

I co widzę?

Widzę siebie jeżdżącą codziennie 40 km do pracy w jedna stronę, ciągle w niedoczasie. I te poranki, kiedy wstawałam po budziku, a spacer z psami przedłużał się, bo któreś nie mogło załatwić swoich potrzeb… Potem szybko do samochodu i zdziwienie, że to dziś jest przecież dzień tankowania. Kolejka na stacji, szybka kawa na wynos, po drodze korek. Zapomniałam o śniadaniu, wiec wykonuję szybkie telefony czy ktoś inny zdąży wstąpić do sklepu. W pracy się przedłuża – stres, że już powinnam być w drodze do psów, a to jeszcze kolejne 40 km przede mną. Znowu korki i tysiące małych frustracji. Nie myślałam o tym, jak wiele problemów dnia codziennego wyeliminowała ta przeprowadzka. 

slow life na Svalbardzie

Czym jest dla mnie slow life?

Nigdzie nie pędzę, bo wszędzie jest blisko. I bardzo się do tego przyzwyczaiłam. Nie pędząc akceptuję jednocześnie to, że inni żyją powoli. Akceptuję fakt, ze apteka jest zamknięta w niedzielę i że nie ma pizzy z dowozem. Nie denerwuję się na drobiazgi i nie przenoszę tej złości na swoich bliskich. Nie podążam za wiadomościami o politycznych dramatach na świecie, a o tym czy do miasta nie zbliża się niedźwiedź. I to jest dużo zdrowsze dla umysłu. 

Spontaniczność!

Pracując z ludźmi z najróżniejszych krańców świata nauczyłam się wychodzić z pracy myślami w moje wolne dni. To otoczenie nie wymusza na mnie ciągłej atencji i zaangażowania. Nie planuję już każdej minuty swojego tygodnia. Budząc się w poniedziałek nie wiem, co będę robiła w środę. Mogę przecież zdecydować spontanicznie.

slow life na Svalbardzie
slow life na Svalbardzie

Szczęście w komplecie

Zawsze lubiłam się zatrzymać na chwilkę i poobserwować niebo, drzewa, wsłuchać się w przyrodę. Tym przyjemniejsze jest, kiedy ta chwila może trwać godzinami. Siadam pod kocem z kubkiem gorącej kawy, a na moich nogach zawsze leży pies. Słucham muzyki i dziergam kolejne cudeńko z niesamowitej islandzkiej wełny. To jest taki komplet popołudniowego szczęścia.

Zimą i nocą wracając do domu, zatrzymuję się na chwilę, bo ta zielona smuga na niebie to właśnie zorza polarna. Nie pojawia się tu zbyt często, więc można przemrozić kości przy -25°C przez te kilka sekund. Jaka jest przyjemność z ogrzewania się jeśli nie marzniesz? Człowiek przestaje marzyć o ciepłych krajach, bo pełnię szczęścia daje mu spędzanie czasu we własnym domu, a największą egzotykę zapewniają kilkudniowe wakacje w mieście rodzinnym w Polsce. 

slow life na Svalbardzie

Największa radość…

Patrzenie na śpiącego psa i na góry! A jakie ja mam szczęście, że te dwie rzeczy dzieli tylko szyba w ubrudzonym psim nosem oknie. 


Przeczytaj też o slow life w górach, slow life według Nicoli i slow life według Moniki.