Slow life w górach

Życie w rytmie slow według Ani – post gościnny

Slow life w górach

Dziś kolejny post gościnny o slow life.
Kolejny post z cyklu, w którym pytam fantastyczne kobiety, czym jest dla nich życie w rytmie slow. Jak w różnych zakamarkach świata udaje im się wprowadzać slow life do codzienności.

Dziś ze swoją historią przyszła do nas Ania Maślanka, która opowiada o swoim górskim slow life. Spędzonym w schronisku na Rysiance.
Anię znajdziesz na Instagramie.

Czym jest dla mnie slow life?

Szczerze mówiąc nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Po prostu żyję swoim rytmem i staram się czerpać jak najwięcej pozytywnej energii ze zwykłej codzienności. Nie mieszkam już w górach, przeniosłam się na północ Norwegii, gdzie jeszcze niedawno słońce ukryło się za horyzontem na niemal dwa miesiące, a teraz gdy wracam przed północą do domu jest jeszcze szarówka. Z perspektywy czasu widzę, że to właśnie czas spędzony w ubiegłym roku w górskim schronisku na Rysiance był takim moim idealnym slow life. Slow life w górach. I to właśnie o tych chwilach chciałabym opowiedzieć.

Slow life w górach

Wstaję rano i wychodzę przed schronisko…

Wstaję rano, około godziny szóstej. Przed pracą wychodzę na chwilę przed schronisko. Jest jesień, trawę pokrywa już delikatna warstwa śniegu. Jest dość chłodno. Spoglądam w stronę Babiej Góry i Pilska. Chmury opadły dość nisko, poniżej szczytów. I wersja pięknie komponuje się ze wschodzącym słońcem. Przez moment delektuję się otoczeniem. Choć widzę je codziennie, to nigdy mi się nie nudzi. Po chwili wracam do budynku, by zacząć pracę.

Slow life w górach

Jesień w schronisku

Jesienią, szczególnie w środku tygodnia nie mamy zbyt wielu gości. Tylko kilku miłośników gór nocuje u nas. Przygotowujemy dla nich śniadanie. Chwilę rozmawiamy,  po czym ruszają na szlak. Trzeba doprowadzić do porządku pokój, w którym spali. Potem zostaje obieranie śliwek i jabłek na powidła czekając aż pojawią się w schronisku kolejni turyści spragnieni grzanego wina i kotleta schabowego. Wszystko staramy się przygotowywać sami, by było jak w domu. Nie tylko dla naszych gości, także dla nas. Bo spędzamy tutaj cały swój czas, mieszkamy tutaj. Jako, że jesteśmy w górach nie ma tu sklepu. Trzeba dojechać kawał samochodem (a zimą skuterem śnieżnym). Kiedy pojawia się jakaś nietypowa zachcianka (w moim przypadku ostatnio kiszona kapusta i koperek) trzeba cierpliwie poczekać, aż ktoś będzie jechał po zaopatrzenie, lub aż któryś z weekendowych pracowników przydrepta do góry z pożądanymi produktami. A jaka to wtedy radość! Łatwo nauczyć się cieszyć z takich małych rzeczy. Tak naprawdę cieszę się, że jestem z dala od miasta. Wcale nie brakuje mi ruchu ulicznego, supermarketów i wszechobecnego rejwachu.

Slow life w górach
slow life w górach

Moja slow praca

W środku dnia mam chwilkę czasu na spacer po okolicy i chłonę ciepłe promienie słońca. Nie zawsze jest tak łatwo. W weekend (no i oczywiście latem) pojawia się znacznie więcej amatorów górskich wycieczek i wtedy nieraz nie wiadomo w co najpierw ręce włożyć, aby się ze wszystkim wyrobić. Ale potem zawsze zdarza się lżejszy dzień, kiedy można nacieszyć się otoczeniem, by nie zapomnieć gdzie się przebywa.  To właśnie moja praca w rytmie slow. Czasem jej tempo zdecydowanie nie jest „slow”, ale ciągle jednak sprawia mi przyjemność. Lubię kontakt z ludźmi, którzy nas odwiedzają. Lubię nalewać piwo, przygotowywać jedzenie i wykonywać wszelakie schroniskowe prace.

Slow life w górach

Teraz, choć mieszkam w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc i również mam przyjemną pracę, trochę tęsknię za górami i rytmem życia, które mi one narzuciły. Ale zawsze można wrócić, choćby w odwiedziny…

Ania Maślanka, opowiedziała nam o swoim slow life w górach. Doświadczyła go w Schronisku Rysianka.


Więcej postów gościnnych o slow life znajdziesz TUTAJ.