kot na wakacjach

Kot na wakacjach – w górach i nad morzem.

Przeprowadziłam już wiele wywiadów z psimi podróżnikami. Był pies jeden, były dwa, trzy, a nawet cztery. Były też różne kombinacje podróżników – psy same, psy i dzieci, były psy i koty. Ale sparaliżowanego kota z dwoma psami na szlaku to jeszcze u mnie nie było…

Niesamowite jest, że cały ten cykl pokazuje jak wiele można, jeśli jest się odpowiedzialnym właścicielem, jeśli kocha się swojego futrzanego przyjaciela, dba o niego i chce się spędzać z nim każdą wolną chwilę.

Dzisiaj historię kota na wakacjach opowiada Magda z powstającego właśnie bloga Kocie Podróże. Magda podróżuje z mężem Witkiem oraz psami Leną i Czarkiem i z kotem Julią.

kot na wakacjach

Każdy z nas nosi w sobie historię. Jaka jest Twoja? Skąd ta potrzeba podróży? 

Zawsze kochałam wyjazdy i długie wycieczki, najlepiej w dzicz, z dala od ludzi (no może z okazjonalnym człowiekiem). Marzyła mi się długa, wielodniowa, a nawet wielomiesięczna wyprawa, najchętniej z plecakiem. Ale chęci a możliwości to nie zawsze to samo. W każdym razie zamiłowanie do spacerów chyba odziedziczyłam po prababci. 

A jak zwierzęta dołączyły do tej opowieści? 

Gdy byłam mała nie mieliśmy psa. Były koty – najpierw te dokarmiane na podwórzu, potem jeden z nich zamieszkał u nas. Mieszkaliśmy na Starym Mieście w Poznaniu. Po kilku latach dołączył pies. Pies był po to, by było nam raźniej w czasie spacerów po terenach dostępnych komunikacją miejską. Norcia – tak miała na imię nasza kundelka, przeżyła z nami 17 lat. Gdy odeszła wydawało się nam z mamą, że będziemy mogły pojechać w tej sytuacji w miejsca, gdzie nie można było w tamtych czasach zabrać psa, np. w Tatry. Skończyło się na kilkudniowym wypadzie nad morze do Ustki, gdzie okazało się, że nie potrafimy spacerować bez psa. 

Kolejny rozdział piszecie już z innym psim towarzyszem.

Wyjazd do schroniska w Obornikach Wielkopolskich zaowocował finalnie adopcją Czarusia, miniaturki ważącej ok. 3,5 kg. Co prawda żadna z nas nie lubiła małych psów, no i uważałyśmy, że niestety taki drobiazg nie będzie nadawał się na nasze małe spacerki (małe to znaczy trasa Ustka-Rowy-Ustka). Ale Czaruś tak nas ujął, że początkowy dom tymczasowy stał się natychmiast domem stałym. 

Okazało się bardzo szybko, że byłyśmy w błędzie, bo pieseł ma żelazne zdrowie i kondycję. 30 km to dla niego pryszczyk. 14 godzin w terenie kwituje chęcią natychmiastowego pobiegania, bo czemu się tak wleczemy? Dziś Czarek ma ok. 10 lat, może więcej, ale wigor i zdrowie – odpukać – jak 7 lat temu. 

Na jednym psie się jednak nie skończyło…

Nadal marzyłyśmy o większym psie. I po niecałym roku w schronisku pojawiła się Lena, suczka z łańcuchem na szyi przywieziona w dość złym stanie przez straż gminną. Była wychudzona, osłabiona, ale natychmiast nas zaakceptowała. Tylko nas. I wiedziałyśmy, że to już jest nasza rodzina. 
Lena jest sporej wielkości suką w typie ON, ale być może z domieszką jakiejś innej krwi. To wyjątkowy pies. Mega stabilny, spokojny, uważny – był idealny.

kot na wakacjach

Już wiem, że ta opowieść ma zwrot akcji w postaci… 

Pod koniec 2014 r w październiku wracając z psami ze spaceru w okolicy kortów tenisowych przy Parku Moniuszki w Poznaniu usłyszałam pisk kotka. Próbowałam zlokalizować skąd pochodzi. Okazało sie, że między workami z liśćmi w dziurze tkwił maleńki, przerażony drobiazg z oskalpowaną i zakażoną raną na łapie, najwyraźniej też po niedawno przebytym urazie głowy. Drobiazg okazał sie kotką w wieku maks 8 tygodni, raczej jednak bliżej 6. 

W jakim stanie była znajda? 

Łapka miała być amputowana, ale z uwagi na to, że lecznica tego dnia już nie prowadziła operacji podano jej antybiotyk i zabieg miał być następnego dnia. Ale – następnego dnia okazało się, że leki zadziałały i rana się oczyszcza. Kotka nie miała czucia aż do łokcia. Została w szpitalu od piątku do niedzieli. W poniedziałek zdumiony chirurg stwierdził, że rana zaczyna ziarninować, więc odstępujemy od operacji. I tak łapka była leczona, rehabilitowana i wróciło częściowo czucie, ale nie do końca. 

Po kilku miesiącach Julia – bo tak dostał na imię drobiazg – miała ciężki wypadek. Znów walczyła o życie. Był to bardzo groźny dla jej życia atak padaczki, który skończył się na kilkudniowym pobycie na intensywnej terapii pod tlenem. Klinika cudem ją z tego wyciągnęła. Konsultacja z dr Wrzoskiem wyjaśniła nam dopiero niedawno, na co cierpiała Julia – to padaczka pourazowa. Dzisiaj chodzi na trzech łapkach, ale czwartej często używa, ma wybitnie silne tylne łapy. Jedyne konsekwencje ataku padaczki i wypadku to poza łapką zaburzenia równowagi, gdyż atak padaczki spowodował bardzo silny niedowład jednej strony ciała. 

Rozumiem, że kotka została z Wami. A jak psy dogadały się z kotem? 

Julię wychowały oba moje psy, szczególnie matkowała jej Lena. Mam masę zdjęć z matczynych wylizywań, ze spania z głową na kocie, z uczenia Julci, jak się szczeka i innych tego typu przesłodzonych historii. Do dziś często sypiają razem. Czarek jej nie wylizywał, ale bawił się z nią czasem i obsztorcowywał, gdy wiedział, że czegoś jej nie wolno. Teraz, gdy Julia jest dorosła Czarek za nią szaleje, często razem uganiają się po mieszkaniu. 

Niesamowite jest to, że zabieracie ją ze sobą na wyprawy. Jakim podróżnikiem jest Julia? 

Julia jest ciekawska, kocha góry, wręcz szaleje na ich punkcie. Morze też się podoba, ale Tatry to jest po prostu czad. Najfajniejsze są jaskinie. Kilka odwiedziła, w tym kopalnię Złota w Złotym Stoku, jakieś pomniejsze groty w Ojcowskim Parku Narodowym, kilka jaskiń w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej (m.in. w skałach Zegarowych), boczny korytarz Jaskini Brestowskiej w Tatrach Słowackich, jaskinię niedźwiedzią w okolicach Złotego Potoku. 

Julia lubi też belki, zwalone pnie, oczywiście z “jaskiniami”. Czasem lubi się powspinać po drzewach, ale na szczeście dla nas i dla jej bezpieczeństwa nie za wysoko jej się to udaje. Miłością Julki są też wody, szczególnie takie płynące, źródełka, strumyczki górskie czy jeziora. Morze w zasadzie jej nie przeszkadza, byle za bardzo nie szumiało. Julia nie lubi wiatru, ale to chyba jedyna rzecz, która jej nie odpowiada. Reszta jest fantastyczna.

Rozumiem, że Lena i Czarek poruszają się o własnych siłach, ale jak radzicie sobie na szlaku z Julią? 

Julia jest noszona w plecaku, ale nie cały czas. Julia bardzo lubi podróżować w ten sposób, z kolei my nie wyobrażamy sobie chodzenia z kotem w innym transporterze niż plecak. Do plecaka ładujemy Julii co się da, najcześciej kurtki, czasem wodę, jej akcesoria, psie paszporty, miski elastyczne na wodę i żarełko. Ona z kolei może sobie tam spać, o ile ma ochotę (a z reguły nie ma).

Często jednak protestuje, bo chce chodzić. Nauczyła się od psów, że się chodzi samemu i też żąda. Głośno. Umie też sygnalizować że chce za potrzebą i wymownie drapie wtedy plecak wrzeszcząc sugestywnie. Raz te wrzaski zignorowaliśmy. Nigdy więcej. Skończyło się oczywiście głosnym protestem kota i praniem plecaka (oraz pleców) w strumieniu. Julia jest oczywiście czysta, jak przystało na kota, więc nie ma wątpliwości, kiedy chce skorzystać z kuwety. Czasem Julia oszukuje, bo często jest tak, że ona po prostu jest tak zaciekawiona terenem, że chce go sama zbadać, więc żeby ją wypuścić udaje, że chce “do kuwety” i to natychmiast. Badanie takie jednak trwa i czasem niekoniecznie mamy czas czekać, aż Julia sprawdzi z czego dokładnie składa się jakiś pniak i spenetruje dokładnie kolejną rozpadlinę skalną poza szlakiem. Czasem się ją ładuje na siłę, żeby odpoczęła. Julia z reguły biegnie, aż do wyczerpania, jak małe dziecko. Przymusowe ładowanie do plecaka kończy się wielką awanturą i demonstrowaniem akcesoriów służących do mordu (mam pazury, zęby mam). Już za chwilę jednak zapomina i mrucząc przymilnie domaga się wypuszczenia, bo zobaczyła wlasnie szalenie ekscytująco wyglądające drzewko i trawkę, i moze nawet skałę.

Marsz z kotem trwa dłużej niz z psami, niewątpliwie. Ale nie znowu jakoś tragicznie długo. Musimy do czasu doliczać około dwóch godzin na zabawianie kotka. Ale są duże odcinki, szczególnie w górach, gdzie Julia po prostu idzie normalnie szlakiem jak pies i to naszym tempem. Tak na przykład było na Krywaniu. Na zejściu ponad godzinę biegła naszym tempem, nie musieliśmy nic zwalniać. To było kilka ładnych kilometrów marszu, zeszła sama od przełęczy pod szczytem aż do lasu górnoreglowego. To bardzo duży odcinek.

Stworzyłaś wyjątkową ekipę podróżników. Jakim środkiem transportu się przemieszczacie?

Po wielu latach bez auta, wreszcie dołączył do naszej rodziny. Samochód dał nam możliwość swobody i wolności w wybieraniu celu podróży. Od czasu jego pojawienia się zaczęły się poważniejsze podróże naszej ekipy, poczynając od Wielkopolski poprzez pojezierza, morze oraz góry, na samym końcu zaś nareszcie moje ukochane Tatry, które niestety poznawałam sama, po polskiej stronie, przed laty bez psa. 

Czym w takim razie podróżowaliście wcześniej? Dwa psy i kot to logistycznie dość spore wyzwanie. 

Pierwsze lata – wszystkim. Autobusami, tramwajami, trolejbusami, pociągami wszelkiej maści. Były podróże do Ustki z milionem przesiadek, w najgorszych wydaniach w składzie – 1 człowiek, mnóstwo bagaży ważących tonę, dwa psy i kot. Tak samo jeździliśmy do Warszawy i Trójmiasta. Po jednej z takich samotnych moich wypraw zapadła nieodwołalna decyzja o kupnie auta, bo mój kręgosłup powiedział: dość. Samochód cała trójka pokochała. 

Psy i kot jeździły natomiast w swoim życiu, poza wymienionymi wyżej: kolejką gondolową (Świeradów), kolejką kopalnianą (Złoty Stok), promem (na Wiśle), metrem…

To wielkie szczęście, że żadne z naszych zwierząt nie ma choroby lokomocyjnej i wszystkie uwielbiają przemieszczanie się wszelkimi środkami transportu.

Dokąd najpierw pojechaliście cieszyć się tą nową swobodą?

Jedna z pierwszych wypraw samochodowych to Kotklina Kłodzka, gdzie jechałam akurat sama, trochę z przypadku z całą trójką. Nocowaliśmy w aucie na stacjach benzynowych, wtedy pierwszy raz. Potem nam się spodobało i takich samotnych wypraw z noclegami kilka już odbyłam.

Witek odmawia takiej partyzantki, natomiast gdy on nie ma czasu, jadę sama i wtedy właśnie nocujemy w samochodzie. W sumie nasze kombi stało się mini kamperem. 

kot na wakacjach
kot na wakacjach

Co jest największą zaletą w zabieraniu tej trójki ze sobą?

Cóż, oczywiście to, że jesteśmy wszyscy razem. Cała trójka bardzo jest ze sobą i z nami związana. Myślę, że głównie przez to, że na naszych wyprawach spędzamy 24 godziny na dobę razem. To bardzo łączy. Stanowimy całość i każdy w tej całości ma jakieś zadanie. Nie chcę nazywać tego stadem, jesteśmy grupą rodzinną, bandą, drużyną – różnie nas nazywają. Wszyscy się wzajemnie pilnują i są nierozłączni. Poznajemy świat razem, przeżywamy różne przygody razem i to jest chyba najważniejsze. Na takich wyprawach czujesz, że znasz każdy gest, mrugnięcie okiem, spojrzenie.

To ma w sobie coś z dziecięcych marzeń o wiernym przyjacielu, który towarzyszy ci w każdej chwili. To, co każdy zna z literatury. My to mamy wlasnie w czasie takich wspólnych wypadów. To zupełnie co innego niż po prostu „posiadanie pieska”, z którym się wychodzi na spacery bliższe lub dalsze. Kotka dołączyła do stada jako ostatnia i może przez to, że była chora, a może przez to, że wychowały ją psy i szaleje za nimi – sama stała się w zasadzie psem. W związku z tym Julia czuje się głęboko nieszczęsliwa, gdy z jakiś powodów zostaje sama.

To ogromna radość patrzeć jak mała jest zachwycona mogąc sobie penetrować wszelkie dziury i rozpadliny skalne, jak chłonie wiatr, zapach traw, jak zachwyca się oglądaniem ptaków na niebie, robaczków w trawie, jaką radość sprawia jej wchodzenie na skałki czy polowanie na przepływające na wodzie liście i jak bardzo fascynują ją wody. Pewnie skutkiem ubocznym tego wszystkiego jest kondycja całej trójki i pewnie siła oraz zdrowie, bo jednak czas spędzony w czystym środowisku, otoczeniu zdecydowanie pozwala im się odtruć i poprawić odporność, już o sprawności fizycznej nie wspomnę, czy o takich trywialnych rzeczach jak socjalu.

Julia z kolei zyskuje na tym zupełnie nieświadomie i dopiero niedawno okazało się, dlaczego. Otóż padaczka pourazowa, na którą Julia cierpi (lub cierpiała) sprawia, że atak może pojawić się w sytuacji nieoczekiwanej, stresującej, najczęściej pod wpływem nieznanego kotu bodźca. Julia od pierwszych miesięcy życia tych bodźców miała dostarczanych wiele, ponieważ zawsze zabieraliśmy ją gdzieś – a to jechała tramwajem do lekarza, a to na spacer do parku na rączkach, a to pociągiem do Warszawy, do Ustki, itd. Podróże sprawiły, że poznała świat i w zasadzie nie ma takich bodźców z którymi by się nie zetknęła. Jej organizm się przyzwyczaił i oswoił. To z kolei jest dla niej zbawienne i minimalizuje ewentualność pojawienia się tak silnego stresu by wywołać atak. Paradoksalnie – nasze podróże i zwariowane życie uratowało jej życie. I stało się to zupełnie poza naszą świadomością. 

kot na wakacjach
kot na wakacjach

Dokąd najchętniej podróżujecie? 

Jeździmy w różne miejsca. Staramy się być raz w roku w Tatrach, oczywiście po stronie słowackiej. Tam penetrujemy Tatry Zachodnie, Wysokie, Bielskie, planujemy też Choczskie i Niske. Lubimy też Izery i Karkonosze – ale traktujemy je raczej jako rozgrzewkę. Ja kocham Ustkę i staram się tam być przynajmniej raz w roku, z reguły zahaczam o Słowiński Park Narodowy. Czasem jeździmy też służbowo z futrami, do tej pory byliśmy tak w Brnie z Leną oraz w Warszawie i Bydgoszczy z całą trójką. 

Najbliższe wspólne plany wyjazdowe…

Będziemy je dostosowywać do kondycji psów, ponieważ są już coraz starsze, szczególnie Lena. Ma już około 11 lat i jak na owczarka i tak jest w niezłej kondycji, niemniej jednak mamy świadomość, że to nie będzie wiecznie trwać. Marzy nam się kolejny wypad w Tatry, kolejne szlaki w Wysokich, nawet bardzo konkretne. Rozważamy też obie Fatry. Na pewno będziemy celowali w rozruch w Sudetach, a więc pewnie Rudawy Janowickie, pewnie niektóre brakujace szlaki w Karkonoszach (jak się uda to wczesnowiosenne wejścia), może Izery po stronie czeskiej. Oczywiście chciałoby się więcej, dalej, w takie Alpy na przykład, czy też Dolomity, ale to już bardzo zaawansowane plany. Czas pokaże. Na pewno będziemy wędrować.


Poznaj Zygzaka!