To już drugi wpis z naszego cyklu: Jesień w rytmie slow!

Z Nowego Jorku przenosimy się na polską wieś, w okolice Sandomierza. Wieś i slow life to dla mnie połączenie idealne. Zapraszam Cię na tekst Anity.

Martyna.


Tegoroczną jesień spędzam na wsi u rodziców w okolicach Sandomierza. To cudowny rejon bogaty w urodzajne gleby i sady pełne dojrzewających jabłoni i gruszek. Sezon w pełni i dzielnie pomagam rodzinie w zbiorach. Jest to też czas, kiedy staram się znaleźć czas dla siebie. Coraz dłuższe wieczory, jesienna melancholia skłaniają do refleksji i odpoczynku po intensywnych letnich przygodach…

Jak wygląda mój dzień na wsi?

Codziennie rano budzi mnie tu pianie koguta i kocur czekający na parapecie. Kiedy idę do ogródka po jarmuż, kot obowiązkowo pędzi ze mną. Rano zwykle przygotowuję zielony koktajl z jarmużu albo pietruszki. Miksuję płatki owsiane, ziarna słonecznika czy inne nasionka oraz owoce, które przyniosę z ogródka. Aktualnie są to śliwki lub gruszki. Zanim jednak zjem śniadanie zanurzam się na 15 minut w praktykę jogi. Zamykam oczy i ćwiczę dobrze znaną sekwencję. Mega mnie to rozluźnia, a tym samym delikatnie rozgrzewa i przygotowuje na nadchodzący dzień. Po śniadaniu obowiązkowo herbatka.

Potem jestem już gotowa do pracy!

Oprócz codziennego jabłkobrania muszę też pozbierać orzechy włoskie, które spadają na drogę. Oczywiście trochę ich przy okazji zjem. Lubię pobyty na wsi. Takie małe rzeczy bardzo mnie cieszą: dostęp do ogródka z sezonowymi warzywami i owocami, zimą dostęp do przetworów w spiżarni – mój mały raj. A propos przetworów i spiżarni, tej jesieni po raz pierwszy w życiu robiłam powidła śliwkowe. Ależ to było pracy! Trzy dni stania nad garnkiem i mieszania dały w kość, ale w końcu czego nie robi się dla tego smaku? Część powideł zrobiłam tradycyjnie z samych śliwek, a do pozostałej części dodałam czekoladę, kakao i cynamon. Jeśli jeszcze nie próbowałyście domowej czeko-śliwki to bardzo gorąco polecam! Pycha! Powidła przydadzą się też do świątecznego piernika czy miodownika.

Ostatnio w kuchni króluje u mnie DYNIA!

Robiłam już babeczki, trzy różne zupy i placuszki. Najbardziej lubię zupę z azjatyckimi przyprawami. Do dyni, ziemniaków i marchewki dodaję ostrą paprykę, imbir i liście limonki keffir. Potem wszystko blenduję, a zamiast śmietany dodaję mleczko kokosowe z puszki. To jedna z moich ulubionych zup, bo świetnie smakuje i rozgrzewa. Oprócz zup z dyni, jesienią bardzo lubię też przygotowywać zupę z pietruszek i gruszek. Bardzo prosta, wystarczy ugotowane warzywa i gruszki zblendować i przyprawić, a smak jest nietuzinkowy. Moja rodzina zakochała się w tej potrawie!

Jesienne wieczory kojarzą mi się z gorącymi kąpielami, które uwielbiam.

Odkąd zrobiło się chłodniej co kilka dni zanurzam się w wannie z gorącą wodą z dodatkiem gorzkiej soli. Takie domowe SPA mega poprawia nastrój i relaksuje. Atmosferę umilam sobie też świecami i kominkiem zapachowym.

Jesień to pora, kiedy mało wychodzę/wyjeżdżam. Wolę zaszyć się z kocykiem i książką w domu, delektować się gorącą herbatą z cytryną i miodem –  bo o tej porze roku smakuje najlepiej. Z drugiej jednak strony jesień to moja ulubiona pora na wyjazdy w góry. Kolory liści są wtedy niesamowite, a szlaki praktycznie puste. Podróżując poza sezonem, często mam wrażenie, że jestem sam na sam z przyrodą. Bez tłumów, w ciszy bardziej doceniam jej piękno. W tym roku zaplanowałam mały wyjazd w Sudety i szczerze liczę na piękną pogodę i polską złotą jesień.

A póki co zanurzam się w moją jesienną rutynę małych wiejskich przyjemności…

Poznaj Anitę bliżej

Anita prowadzi bloga Time Travel Bee, jest graficzką, fotografką i miłośniczką podróży. Jak prawdziwa kobieta renesansu – tworzy biżuterię, żeby pomóc ocalić pszczoły! Ceni życie w rytmie slow, więc dołącz do niej na Instagramie, po więcej pięknych i sielskich kadrów z jej kolejnych wojaży.