habeo canem

Habeo Canem, czyli Iron i Maiden w podróży

Historię Joli oraz jej dwóch psów poznałam jakiś czas temu na blogu Swój Czas. Kiedy rozpoczynałam serię wywiadów o psich podróżnikach, kiedy pomysł ten zaczął kiełkować w mojej głowie, wiedziałam już, że historia Joli, Iron i Maiden, czyli Habeo Canem, będzie jedną z tych, które będę chciała przedstawić ci w moim cyklu.

Szczęśliwie dla mnie i zaraz przekonasz się, że również dla ciebie, Jola zgodziła się odpowiedzieć na moje pytania. W tym absolutnie wyjątkowym wywiadzie poznasz historię psów przywiezionych z Kataru, dowiesz się, jak sprawić, by zamknięte na psich podróżników miejsca otworzyły się dla nich, a także dowiesz się o tym, jak i czy w ogóle, przewieźć psa do Australii…

Habeo Canem
Habeo Canem – Iron i Maden

Kim są Iron i Maiden, jak do Ciebie trafili i jak długo już z Tobą żyją?

Iron i Maiden to rodzeństwo. Bliźniaki – pies i suczka. Psy pustynne w typie charta perskiego Saluki.

Historia

Marzec 2015. Trzeci rok pobytu w Doha, w Katarze. Właśnie jestem w „amoku” związanym z przeprowadzką z jednego apartamentu do drugiego. Całe to zamieszanie wokół pakowania, przewożenia gratów, rozpakowywania… W międzyczasie załatwianie jakichś ostatnich formalności. Generalnie – maksymalne urwanie głowy i zmęczenie do granic możliwości. 24 marca 2015 – ostatni kurs autem tego dnia, z ostatnimi gratami do przewiezienia. Marzę już tylko o prysznicu i rzuceniu się na łóżko. Godzina 17.30 w Doha oznacza początek koszmarnych, około dwugodzinnych korków na drogach.

Nie wiedzieć czemu, wybieram drogę najgorszą z możliwych, której nikt, na stałe mieszkający w mieście i pozostający przy zdrowych zmysłach, nie wybiera. No chyba, że musi. Ja nie musiałam. Nie jeździłam tamtędy od dobrych dwóch miesięcy. Roboty drogowe. Stoję w korkach. Od jednej sygnalizacji świetlnej do drugiej. I tak co skrzyżowanie. Tempo ślimacze lub, jak kto woli, żółwie. Jednak zmęczenie po całym dniu chyba skutecznie znieczula i w końcu wydostaję się na prostą. Tak zwana trzypasmówka, jakich budują coraz więcej w Katarze. Można w końcu przyspieszyć. Za zakrętem widzę duży, czarny samochód terenowy. Jakieś kilkaset metrów przede mną. Nagle otwierają się tylne drzwi i widzę, że ktoś „coś” z niego wyrzuca. Pierwsza myśl: „Lokale znowu wyrzucają swój śmietnik po zamówionym w Mc Donaldzie jedzeniu!”. Zaczynam kląć, ale nie kończę, bo widzę, że ten „śmietnik” ma łapki i biega po autostradzie! 

Wszystko, co potem, to dzisiaj wspominam jak stop – klatki z jakiegoś archiwalnego filmu.

Zjeżdżam na środek, pomiędzy dwoma pasami. Awaryjne. Hamulec. Wysiadam i najpierw staram się zatrzymać tyle aut za mną ile się da. Na szczęście pasem obok jechała jakaś biała kobieta, która widząc co się dzieje, robi to samo. Staje lekko w poprzek pozostałych dwóch pasów i zaczyna zatrzymywać resztę samochodów. W tym czasie ja już próbuję zwabić do siebie psiaki. Są w szoku, to widać. Piesek przybiega od razu. Suczka widać, że mocno się boi, ale po chwili, kiedy widzi, że towarzysz niedoli jest już na moich rękach, zbliża się. Łapię ją za obrożę. Udaje mi się zapakować obydwoje do auta. Dopiero wtedy częściowo uświadamiam sobie cały hałas za nami. Trąbienie. Przekleństwa. Wymachiwanie rękami. Wszystko jak przez jakąś bardzo grubą szybę, stłumione. 

Macham w podziękowaniu tamtej kobiecie, ona macha na pożegnanie. Odjeżdżamy. Dalszej drogi, od tego momentu nie pamiętam. Nie pamiętam jak znalazłam się na parkingu, jak zaparkowałam samochód. Kolejna stop – klatka: siedzę w aucie, oparta głową o kierownicę i ryczę na cały głos.

Po odreagowaniu, kiedy emocje trochę „spłynęły”, odwracam się do tyłu… i widzę, że maluchy są chyba spokojniejsze ode mnie. „Przyszły Iron” nie spuszcza ze mnie oka (zostało mu to do dzisiaj). A „przyszła Maiden” położyła głowę i chyba lekko przysypia (jej też tak to zostało do dziś). I wtedy robię im pierwsze zdjęcie, w otwartym do środka samochodu bagażniku. Pół roku później jedno z nich zajęłoby tam więcej miejsca niż zajmowali obydwoje w dniu, kiedy zgarnęłam ich z ulicy.

Tak więc… TAK TO SIĘ ZACZĘŁO.

26 marca tego roku minęły 4 lata jak jesteśmy razem ☺

Habeo Canem
Habeo Canem – Iron i Maden wraz ze swoją opiekunką

Dlaczego zdecydowałaś się zabrać je do Polski? Nie było łatwiej znaleźć im dom w Katarze?

Po tym, jak zgarnęłam je z katarskiej autostrady, mieszkaliśmy w Katarze jeszcze 2 lata, zanim wróciłam do Polski. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła zostawić w takiej sytuacji jakiegokolwiek psa, którego przygarnęłabym pod dach. To dla mnie tak oczywiste, że nawet ciężko mi to wytłumaczyć. To tak, jakbyś zapytała mnie „dlaczego oddychasz?” czy „dlaczego jesteś człowiekiem?”

Poza tym znalezienie dobrego domu dla psa w tamtych rejonach jest naprawdę bardzo trudne, o ile nie powinnam powiedzieć: graniczy z cudem. 

Ile potrzebowałaś czasu na przygotowanie ich do wyjazdu?

My przygotowywaliśmy się do wyjazdu prawie 2 lata. Miałam więc sporo czasu na zorganizowanie wszystkiego. Na zdobycie, a potem uwarunkowanie klatek, w których mieli odbyć podróż samolotem, na przyzwyczajenie ich do tłumu, hałasu (lotnisko, samolot, obcy ludzie), na treningi z podstaw posłuszeństwa i wreszcie na zrobienie badań, szczepień i skompletowanie dokumentacji potrzebnej do przyszłej podróży. 

Jak wyglądają formalności? O jakie badania musiałaś zadbać, jakie szczepienia były obowiązkowe?

Najpierw obowiązkowe szczepienie przeciwko wściekliźnie. Po nim musieliśmy odczekać 30 dni i pojechać na pobranie krwi do testu na wytworzone antyciała przeciwko wściekliźnie (tzw. RAT Test). Pobrana krew jest wysyłana do laboratorium do Niemiec. Na wyniki czeka się zwykle minimum miesiąc. Wynik, aby był zaakceptowany, musi się mieścić w konkretnym, z góry ustalonym przedziale – wtedy test uważa się za zaliczony. Po otrzymaniu pozytywnego wyniku testu musi upłynąć minimum 3 miesiące do wylotu. Wcześniej pies nie może opuścić kraju. Jeśli pies ma wylecieć do Europy, Ameryki, Kanady – RAT Test wykonuje się tylko raz i jest on ważny dożywotnio. 

Jednak jeśli mamy zamiar udać się z psem w drugą stronę – Australia, Nowa Zelandia, Oceania – RAT test jest ważny tylko 3 lata, a pies po otrzymaniu wyniku pozytywnego z laboratorium, może opuścić miejsce aktualnego pobytu najwcześniej po upływie 6 miesięcy (zazwyczaj jest to 9 miesięcy). Dodatkowo – zwłaszcza Australia – ma szereg drobiazgowych uwarunkowań związanych z relokacją zwierząt na jej terytorium. Jest to między innymi obowiązkowa kwarantanna, zaostrzona w ostatnim czasie dość mocno. Początkowo zakładaliśmy przesiedlenie się właśnie do Australii (lub Nowej Zelandii) i dlatego Iron i Maiden byli przygotowywani, również „papierologicznie”, na relokację w tamtym kierunku. Mieliśmy załatwione już wszystko. Uzyskanie wizy na 5-letni pobyt dla osoby z zewnątrz, nie jest łatwe. Musiałam m.in. zdać oficjalny, państwowy egzamin z języka angielskiego, skompletować mnóstwo dokumentów, badań lekarskich, zaświadczeń z polskich urzędów, tłumaczonych na język angielski. Zajęło to 2 lata.

JEDNAK – kiedy okazało się, w zasadzie w ostatniej chwili, że Australia zmieniła przepisy dotyczące przewozu zwierząt, zaostrzyła je, a samo przejście kwarantanny dla psa w chwili obecnej (zwłaszcza wrażliwca i alergika) jest skrajnie stresujące i ryzykowne – odpuściłam przeprowadzkę.

Właśnie ze względu na psy. Była to trudna decyzja, ale nie żałuję. Natomiast nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybym zaryzykowała, a moje psy przypłaciłyby to życiem.

Mówię o tym przy tej okazji dlatego, że – mimo, że my nie przeszliśmy do końca formalności związanych z relokacją do AU, bo finalnie nie wylądowaliśmy w niej – to może te informacje uczulą kogoś, kto taką podróż z psem w tamtym kierunku planuje bądź rozważa. Skrupulatne przestudiuje wszystkie ZA i PRZECIW i uchroni w porę przed problemami lub (odpukać!) jakimś psim nieszczęściem. Jeszcze jedna, ważna informacja – koszt przelotu do AU dla JEDNEGO psa to ok. 20.000 PLN. Każdy nadprogramowy dzień kwarantanny jest płatny. Pies może być zatrzymany na dłuższy czas niż ustawowo wymagany (1 miesiąc) bez podania właścicielowi przyczyny.

Właściciel w czasie kwarantanny nie ma żadnego kontaktu z psem i jest pozbawiony jakichkolwiek informacji na jego temat. Jeżeli z jakichś przyczyn pies nie przejdzie kwarantanny (np. z powodu przeżywanego stresu i rozłąki z właścicielem, i stanie się agresywny) jest usypiany bez uprzedniego poinformowania o tym właściciela. Jeżeli z powodu stresu się rozchoruje – również zostaje zatrzymany na kwarantannie. Generalnie – nie mamy ŻADNEJ pewności ani gwarancji, że nasz pies przejdzie zdrowo i cało to zamieszanie. 

Zaostrzenia w przepisach wprowadzono na pół roku przed naszą planowaną relokacją do AU.

Habeo Canem – Iron i Maden na pustyni

Czy zorganizowanie przelotu było trudne?  

Nie, nie było trudne. Na wszystko są procedury (ww. wymagane szczepienia, badania, terminy). Wystarczy się z nimi zapoznać i trzymać się ich. Najwcześniej po upływie 3 miesięcy od otrzymania RAT Test możemy zarezerwować bilet lotniczy dla psa podpięty pod bilet osoby, która będzie z nim lecieć. Na 3 dni przed wylotem należy udać się do Rządowej Inspekcji Weterynaryjnej, wypełnić odpowiednie druczki, uiścić coś w rodzaju opłaty skarbowej (było to chyba ok. 100,- QR) i ze wszystkim udać się po pieczątki na ww. dokumentacji. Dokumenty te są wymagane do okazania na lotnisku, następnie muszą zostać przytwierdzone do transportera (klatki) danego psa (w szczelnej, plastikowej, przezroczystej teczce z łatwym dostępem do ich wyjęcia). 

Jakie poniosłaś koszty w związku z przewozem?

RAT Test – to ok. 2000,- QR

Klatka dla Maiden – to ok. 1200,- QR

Klatka dla Irona – to ok. 2500,- QR (mieliśmy szczęście, bo dostaliśmy używaną, po Saluki, który przyleciał do Qataru z Iraku; nasz koszt to jedyne 500,- QR)

Przelot dla obydwojga to był koszt ok. 2400,- QR (lecieliśmy KLM-em, przez Amsterdam, do Warszawy).

1,- QR (qatar rial) to 0,99 PLN;

Jak wyglądają procedury na lotnisku? Czy jest się czego obawiać?

Procedury są z góry ustalone i jeżeli dobrze się z nimi zapoznamy wcześniej, przygotowując się do lotu, to absolutnie nie ma się czego obawiać – przynajmniej od strony papierologicznej. Co ważne – dokumentacja każdego z psów musiała być włożona do odpowiedniej wielkości plastikowej, przezroczystej, szczelnej teczki i przyklejona na zewnątrz, na górze transportera. Transporter musi być opatrzony z kilku stron wyraźnie, dużym, drukowanym napisem GÓRA – DÓŁ i UWAGA ŻYWE ZWIERZĘ! (w języku angielskim oczywiście).

Wiadomo jednak, że czasem może zdarzyć się coś nieprzewidzianego – spóźni się jakiś urzędnik (w naszym przypadku był to lotniskowy weterynarz, na którego czekaliśmy bardzo długo), ktoś zrobi jakieś zamieszanie przy okienku odprawy paszportowej czy chwilowo zawiesi się jakiś system. Widzieliśmy dużo takich przypadków w czasie różnych podróży po świecie (na szczęście bez psów).

Przepisy mówią, że z psem w transporterze należy zgłosić się do odprawy lotniczej NAJPÓŹNIEJ 4 godziny przed odlotem. My byliśmy na lotnisku ponad 6 godzin wcześniej i okazało się, że ze wszystkim zdążyliśmy NA STYK! Także warto mieć zapas. Sprawdzanie papierów, całej dokumentacji trwało dość długo. Później psy musiał obejrzeć (przynajmniej „zerknąć” na nie) rządowy weterynarz, a na końcu klatki zostały przeszukane przez policję na wypadek przemycania w nich (!!! hahaha) narkotyków! Na koniec pojawiła się ekipa czterech panów, która odebrała od nas transportery z psami i specjalnym przejściem zawiozła je wprost do luku bagażowego samolotu. 

Czy jedna osoba może lecieć z dwoma psami? 

Nie, niestety nie może. Jedna osoba może „podpiąć” pod swój bilet lotniczy tylko jednego psa. Każdy pies potrzebuje swojego osobnego człowieka, tzw. „fly buddy” aby móc odbyć podróż samolotem.  

W jaki sposób można sprawić, by transporter i podróż były dla psa przyjemniejsze? 

PRZEDE WSZYSTKIM klatkę, w której będziemy psa transportować (lub ogólnie – w której chcemy, żeby pies dobrze się czuł i CHCIAŁ w niej przebywać) trzeba psu dobrze UWARUNKOWAĆ – co oznacza – nie mniej, nie więcej – jak POZYTYWNE przyzwyczajenie go do niej. A więc wszystko, co najlepsze, musi spotykać psa w klatce: karmienie, przysmaki (nagrody), zabawa, a nawet czasami, przespanie się w niej z właścicielem, o ile gabaryty na to pozwalają. Klatka dla psa powinna stanowić rodzaj nagrody i azylu, w którym uwielbia przebywać. Udało nam się to zrobić, a to co wypracowaliśmy, przydaje się nam do dnia dziś, zwłaszcza w czasie szkoleń czy psich warsztatów, na które jeździmy.

Transportery (klatki), mimo że są zrobione ze specjalnego plastiku, trochę hałasują w czasie jazdy, kiedy postawi się je na lotniskowe wózki bagażowe. Warto o tym pamiętać i wyłożyć je w środku dodatkowym kocykiem, a nawet jeśli mamy taką możliwość, położyć na wózek najpierw np. złożone na płasko kartonowe pudełko lub grubą tekturę, a później postawić transporter z psem. Pies niestety, cały czas powinien przebywać w środku, w transporterze. Miałam mały problem z Ironem, ponieważ jego ogromny transporter, mimo wszystko dość mocno hałasował i z racji gabarytów chwiał się na boki na bagażowym wózku. To dość mocno zestresowało Irona. Prawie dwie godziny zajęło mi uspokojenie go i doprowadzenie do stanu wyluzowania (całe szczęście, że byliśmy, jak mówiłam, na lotnisku wcześniej, więc nam się udało). 

W czasie lotu (chodzi o start i lądowanie) mamy prawie 100% gwarancji, że pies zrobi siku w transporterze. To czysta fizjologia. Zmiana ciśnienia. Warto o tym pamiętać i porządnie wyłożyć transporter podkładami pochłaniającymi wilgoć.

Dobrze też mieć zapas tych podkładów w przypadku międzylądowania (na wymianę – dołączyć na zewnątrz klatki – my mieliśmy wszystko poprzyklejane w Ikeowskich woreczkach zaciskowych na górze transportera, obok dokumentacji). Obok podkładów, na każdym z transporterów przykleiłam takie same woreczki z karmą. Mieliśmy międzylądowanie w Amsterdamie i tam psy trafiły na czas kilku godzin do lotniskowego hoteliku, w którym miały zapewnione karmienie, uzupełnienie wody, wymianę podkładów, spacer i zabawę. 

W moim bagażu podręcznym miałam też przygotowane kocyki i dodatkowe ręczniki na wymianę, już po wylądowaniu w Warszawie. Do tego puchowe skafandry i polary, ponieważ lądowaliśmy w połowie stycznia, w czasie ataku tzw. „kolejnej zimy stulecia”. 

Do środka, do transportera, na czas podróży, fajnie jest też wrzucić psu coś naszego, przesiąkniętego naszym zapachem – np. starą koszulkę, która na pewno dodatkowo podziała na psa uspokajająco. Nigdy natomiast nie wolno się zgodzić na podanie psu standardowych środków uspokajających. Blokują one jedynie wizualne reakcje stresu u zwierzęcia, przy czym pies męczy się wówczas podwójnie!!! Nie może dyszeć, oblizywać się i w żaden sposób rozładować napięcia, które się w nim gromadzi. To tak, jakby ktoś w sytuacji naszego ogromnego strachu, paniki i chęci ucieczki, podał nam środek paraliżujący, po którym przestalibyśmy się w ogóle ruszać. Przypłacilibyśmy to prawdopodobnie zawałem serca lub co najmniej traumą do końca życia.

Habeo Canem – Iron i Maden, zabawy w trawie

Podróżujecie także po Polsce/Europie?

Po Polsce podróżujemy sporo z racji tego, że zaraz po powrocie do kraju postanowiłam oficjalnie przekwalifikować się zawodowo i zostać licencjonowanym psim trenerem, a później dogoterapeutą. Zaczęło się więc od wyjazdów na kursy, szkolenia, potem kolejne kursy i kolejne szkolenia doszkalające. To zajęcie wciągające i mocno uzależniające. Wyjazdy te pozwoliły mi na zupełną zmianę myślenia na temat podróży z psami. Okazało się, że to naprawdę fajne. Zaczęłam powoli zabierać je w różne inne miejsca, nie związane tylko i wyłącznie ze szkoleniami i treningami. Zaczęliśmy jeździć w góry.

Oczywiście nie obyło się bez problemów z racji tego, że Iron nabawił się po przylocie do Polski, tzw. agresji smyczowej, która w miarę upływu czasu eskalowała coraz bardziej. Złożyło się na nią wiele czynników, o których w tym miejscu nie będę się rozwodzić. Faktem stało się to, że  pozostając na smyczy, miał spore problemy z tolerancją wobec napotykanych pobratymców. W pewnym momencie dość mocno ograniczyło to nasze możliwości podróżowania. Musiałam skupić się na pracy z nim. Wykluczyło to na jakiś czas nasze samodzielne podróże. Jeden pies musiał zostawać z kimś w domu lub prosiłam kogoś znajomego o wyjazd razem z nami i zostanie przewodnikiem drugiego psa (Maiden). W tej chwili, powoli zaczynamy znowu wypuszczać się coraz częściej na samodzielne wycieczki i sprawia nam to dużą frajdę.

Po Europie jeszcze nie jeździliśmy (minęło dopiero 2 lata od naszego przylotu do Polski), ale jesteśmy na to przygotowani. Psie paszporty z aktualnymi wpisami są zawsze pod ręką. 

Jakie miejsca z tych odwiedzonych uznajesz za najbardziej psiolubne?

Najbardziej psiolubnymi są chyba jednak współczesne agroturystyki. Takie z prawdziwego zdarzenia, prowadzone zazwyczaj przez ludzi, którzy świadomie uciekli z miasta, dla których życie, czasem na prawdziwym odludziu, to prawdziwa pasja. 

Muszę przyznać, że także coraz więcej hoteli otwiera się na osoby podróżujące ze zwierzętami. I to jest bardzo miłe. Najgorzej jest chyba z typowymi pensjonatami. I tych staramy się unikać. Są to miejsca w których przewija się zazwyczaj bardzo dużo ludzi na bardzo małej powierzchni. Usytuowane w dość tłocznych, jak dla nas, miejscach. A ich właściciele są chyba najmniej przychylni psom w ogóle.

Czy zorganizowanie podróży z psem jest trudne?

Na samym początku i dla laika – na pewno trochę tak. Jednak, kiedy już tego psa się ma, nasz sposób patrzenia w zasadzie na wszystko – jak i cały nasz tryb życia – się zmienia i to czasami o 180 stopni. Znaczenie ma również wielkość psa i jego specyfika. Mam znajomego, który podróżuje czasem z nowofundlandem. Dawno musiał zaakceptować fakt, że w przypadku podróży w zimie, podczas mrozów, tak czy inaczej śpi w hotelowym pokoju z pootwieranymi oknami lub latem musi mieć zapewniony dostęp do wody dla psa, aby ten mógł cały, od nosa po ogon, porządnie się zmoczyć.

W czasie organizowania wyjazdu, przede wszystkim myślę o psach. O tym, żeby miały zapewnione wszystko, czego potrzebują. 

O aktualnych szczepieniach, regularnych odrobaczeniach, czipach i adresówkach przy obrożach, o środkach na kleszcze nie muszę chyba wspominać, bo to oczywiste dla każdego świadomego właściciela czworonoga. Książeczkę zdrowia psa i/lub paszport zawsze mamy przy sobie!

Poza tym – przede wszystkim bezpieczna podróż w samochodzie. A więc mata samochodowa do przewozu psów (moje podróżują na tylnych siedzeniach, ponieważ mam obawy przed wożeniem ich w bagażniku, których nie potrafię wykorzenić; uważam, że na tylnych siedzeniach są bezpieczniejsze). Do tego kratka oddzielająca tylne siedzenia od fotela kierowcy i pasażera, uniemożliwiająca przemieszczanie się psa. Moje jeżdżą dodatkowo w szelkach, przypięte specjalnymi „psimi” pasami. 

Zabieramy karmę, wodę, posłania, zwykle po jednej, ulubionej zabawce, leki i psią apteczkę, zapasowe smycze, kubraczki na wypadek deszczu (moje bez nich nie wyjdą z domu kiedy pada…), ręczniki do wytarcia wody, ściereczki do ubłoconych łap, zmiotkę z szufelką oraz rollery do sierści (sprzątanie po psach, to ZAWSZE gwarancja powrotu w to samo miejsce). Jeśli pies stresuje się trochę w czasie jazdy, dobrze jest mieć Adaptil w spray’u (rozpylany w kabinie 15 minut przed podróżą) i ewentualnie obroże relaksujące z feromonami. 

Mankamentem w Polsce jest wciąż brak normalnych ubezpieczeń zwierząt, jakie mają kraje zachodnie (takie OC z zabezpieczeniem medycznym dla czworonoga – zwłaszcza w czasie częstych podróży byłoby fajną opcją). Niestety, na to musimy chyba jeszcze trochę poczekać. 

Czy napotykasz na przeszkody próbując zarezerwować nocleg z dwoma dużymi psami?

W czasie naszych pierwszych wyjazdów, noclegi mieliśmy zazwyczaj organizowane przez ośrodki szkoleniowe, w których odbywały się kursy lub warsztaty. Zrozumiałe zatem, że były to zawsze miejsca psiolubne. Dzięki temu mieliśmy bardzo łagodne wprowadzenie do psich podróży. Miałam też okazję poobserwować, jak właściciele czy osoby zarządzające takimi miejscami, reagują na moje psy. I w drugą stronę – jak one się zachowują w takich miejscach. To mi bardzo pomogło. Iron i Maiden są psami NIEPRAWODOPODOBNIE przyjaznymi ludziom. I chociaż ze zwierzętami mam do czynienia od malutkiego dziecka, nigdy, przenigdy nie spotkałam się z takim typem psów, jakie miałam okazję poznać na pustyni, a dwójkę z nich zabrać ze sobą do Polski.

Dzięki swojemu instynktownemu zachowaniu bardzo zjednują sobie ludzi (dorosłych i dzieci), także tych, którzy twierdzą, że nie przepadają za psami lub się ich boją.

Ten fakt zadecydował także o naszych szkoleniach w kierunku dogoterapii. Pracujemy z dzieciakami i osobami dorosłymi, także niepełnosprawnymi. I sprawia to ogromną frajdę każdej stronie. Jeżeli chodzi o Irona i Maiden, nie muszę nawet jakoś specjalnie nimi kierować w takich interakcjach. Instynktownie czują, co należy robić, jak daleko w kontakcie z człowiekiem się posunąć i kiedy go zakończyć. 

Opowiadam w tej chwili o tym dlatego, że doświadczenie z pracy w dogoterapii niejednokrotnie pomogło mi w zarezerwowaniu noclegu z nimi w miejscach, które w pierwszym momencie nie były zbyt przychylne temu, aby nas przyjąć pod swój dach. Kilkukrotnie zdarzyły mi się sytuacje, kiedy musiałam znaleźć z różnych względów nocleg w konkretnym regionie, gdzie w promieniu wielu kilometrów nie było żadnego, oficjalnie psiolubnego miejsca. Kiedy zaczynałam opowiadać o tym, co to za psy i jak pracują w dogoterapii – drzwi się dla nas otwierały. 

I z racji tego, że ZAWSZE po naszym pobycie, staram się, aby miejsce w którym nocujemy pozostało jeszcze bardziej czyste niż je zastaliśmy – te drzwi dla nas są na przyszłość już zawsze otwarte. Uważam, że jest to NAJWAŻNIEJSZA ZASADA PODRÓŻOWANIA Z PSEM – POZOSTAWIENIE PO SOBIE CZYSTOŚCI!!! I to w miarę możliwości jeszcze większej, niż sami zastaliśmy. I nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia i dyskutowania: „ale ja płacę!” NIEEEEEE!!!! Chociaż płacisz – masz ABSOLUTNY OBOWIĄZEK pozostawienia po sobie – i w szczególności – po swoim psie – ABSOLUTNEJ CZYSTOŚCI! Bo tylko i wyłącznie to jest gwarancją otwartych drzwi (hotelu, pensjonatu, agroturystyki, kempingu, etc.), na przyszłość dla każdej osoby podróżującej z psem!

Habeo Canem
Habeo Canem – Iron i Maden na pustyni

A czy udaje Wam się odwiedzić restauracje?

Bywałam z nimi w różnych miejscach. Także w pubach i restauracjach. Byliśmy razem nawet na kręgielni. Nigdy nie było problemu z wejściem z powodów, o których mówiłam powyżej – tam, gdzie się z nimi pojawię, zazwyczaj wzbudzają ciekawość ludzi, a kiedy zaczynamy rozmawiać, ludzie są zaintrygowani ich historią i pracą w dogoterapii. Nie mam problemu, by wejść z którymś do sklepu, warzywniaka czy apteki (oczywiście przy zachowaniu pewnych zasad, bo nie wyobrażam sobie, żeby pies w takim momencie pozwolił sobie na obwąchanie pomidora w koszu, polizanie marchewki lub nie daj Boże, podniesienie łapy w celu wiadomym).

Dlatego, wydaje mi się, że jeżeli mamy w miarę ogarniętego psa, sami jesteśmy ogarniętym i świadomym właścicielem, i szanujemy odczucia innych, to z psem uda nam się bez problemu wejść prawie wszędzie. Oczywiście w tym wszystkim nie chodzi o to, żeby katować psa zabieraniem na zakupy albo notorycznymi wizytami w knajpach czy jakichś lokalach rozrywkowych, bo to z definicji nie są miejsca dla zwierzęcia. Mówię tu o sporadycznych wyjściach, które pozwalają psu na zdobycie nowego doświadczenia, a nam dostarczają satysfakcji i dumy z jego osiągnięć.

Masz jakieś rady dla osób, które chcą zacząć podróżować ze swoim psem?

Chyba o wszystkim już powiedziałam powyżej. To o czym musimy pamiętać to przede wszystkim DOBRO PSA. Jeżeli dobrze znam swoje psy i w danym momencie, planując jakąś podróż, podejmując decyzje, mam wątpliwości – ZAWSZE decyduję się na rozwiązanie na korzyść psów. Nie ma innej możliwości, jeżeli chcę bezpiecznie z nimi podróżować i zapewnić im bezpieczeństwo. To najważniejsza zasada. Druga to ta, o której pisałam przy okazji pytania dotyczącego ewentualnych problemów z rezerwacjami noclegów z psami – to CZYSTOŚĆ! Zachowanie czystości i pozostawienie tej czystości po sobie i swoim psie. No i oczywiście „ogarnięcie” zachowania psa aby nie powodował zniszczeń we własnym domu, a tym bardziej w miejscu, w którym z nim nocujemy. 

Pomimo tego, że jestem pewna swoich psów w tym zakresie (nigdy niczego nigdzie nie zniszczyły), to i tak, dla bezpieczeństwa i spokoju mamy zawsze przy sobie aktualne ubezpieczenie od wyrządzenia ewentualnych szkód (w tym także od pogryzienia). 

Czy macie już wspólne plany na lato? 

W tym roku nie planujemy dłuższych wyjazdów. Będą to na pewno krótkie weekendowe lub kilkudniowe wypady – najprawdopodobniej w góry, daleko od tłumów i miejskiego zgiełku.


Gdzie znajdziesz Habeo Canem, czyli Irona i Maden:

profil na Facebooku – Habeo Canem

e-mail: habeocanem@gmail.com 


Inne wywiady z tego cyku znajdziesz tutaj.