dla każdego

Życie w rytmie slow według Ani – post gościnny

Dzisiejszym wpisem rozpoczynam na blogu szereg cykli o slow life.
Będę pytać fantastyczne kobiety, czym jest dla nich życie w rytmie slow. Jak w różnych zakamarkach świata udaje im się wprowadzać slow life do codzienności.
Sama jestem niezwykle ciekawa ich historii.
Zapraszam na nie w każdą pierwszą sobotę miesiąca. 

Zaczynamy od Ani z bloga Aniukowe Pisadło

 

Slow life dla każdego

Dzisiejszy świat skrojony jest dla szybko żyjących, szybko myślących, podejmujących szybkie decyzje, dyspozycyjnych, kreatywnych i ekstremalnie wydajnych ludzi. A to po prostu nie jest możliwe na dłuższą metę. Wielu z nas zdaje sobie z tego sprawę i próbuje zwolnić, wyciszyć się, poczuć smak życia. Slow living, slow life dla każdego znaczy coś innego. Czasami to po prostu, jak mówi nazwa, wolniejsze życie. Tak zwyczajnie. Wstawanie później, powolna kawa, poranny spacer z psem, wieczorem po pracy relaks, książka, lampka wina lub filiżanka herbaty przed snem. Dla innych to uważne życie – mindfullness. Robienie jednej czynności i skupianie się tylko i wyłącznie na niej. Czerpanie przyjemności z prostych, codziennych rzeczy takich jak prysznic czy wkładanie naczyń do zmywarki. Dla kolejnych to robienie czegoś dla siebie. Choćby raz dziennie. Kostka (lub tabliczka!!!) czekolady czy moczenie nóg w olejku lawendowym. Dla jeszcze innych zdrowsze odżywianie się, sport, medytacja.

slow life dla każdego

Jednym jest łatwiej, bo mogą sobie pozwolić na leniuchowanie, niepracowanie, mieszkanie na Krecie pięć minut od plaży (to ja!). Innym jest trudniej, czasem nawet myślą, że to niemożliwe. Jak można żyć wolniej, bardziej świadomie, zgodnie ze sobą skoro pracuję na pełny etat, godzinę od domu w jedną stronę, samochodem (więc zdrzemnąć się nawet nie można), dzieci chodzą na pięćdziesiąt zajęć pozaszkolnych, jedzą tylko jedzenie domowe, jest pies – biegacz długodystansowiec, ogródek woła o pomoc i jeszcze przypałętało się jakieś hobby?

Niemieckie slow life

Przed przeprowadzką do Stanów, mieszkałam w niemieckiej, alpejskiej wiosce. Wszystko było “slow”. Wszyscy byli wyluzowani, popijali piwo między jednym a drugim zjazdem ze stoku narciarskiego. Brotzeit był świętością, a w niedzielę to nawet prania nie wypadało wywiesić. Jakże łatwo praktykować slow life w takim miejscu, kontemplować do bólu zielone zbocza gór lub iskrzące się w śniegu ich zimowe odpowiedniki.

Slow life na Krecie

Teraz mieszkam na Krecie. No chyba już nie może być wolniejszego życia niż tutaj. Każdy krzak przy drodze obsypany różowym kwieciem nakazuje zwolnić, zatrzymać się, powąchać. Prawdziwe owoce i warzywa zachęcają do zdrowego gotowania i jedzenia. Niezwykle wyluzowane podejście tubylców do życia wręcz wymusza na nas slow, czasami nawet bardzo slow życie. Tak może każdy. To się nazywa pójście na łatwiznę.

slow life dla kadego

Egoizm jest ważny!

Ja udowodniłam, że można w innych okolicznościach. W najbardziej ekstremalnych warunkach jakie można sobie wyobrazić postanowiłam żyć wolniej, żyć slow, żyć bliżej natury, zdrowiej, zadbać o swoje ciało i o tę drugą część – część bardziej zaniedbywaną, nazywaną duszą, emocjami, środkiem i Bóg wie czym jeszcze. Esencją bym nazwała.

Po dość przydługim wstępie, odpowiadam na pytanie: “Czym jest dla mnie slow life?”. Może banalnie, może mało odkrywczo, może lekko rozczarowująco… moje dwa najważniejsze elementy życia slow w życiu fast to egoistyczna miłość do samego siebie i dobra, żeby nie rzec nienaganna organizacja.

Najpierw należy się w sobie zakochać. Może nawet po raz pierwszy w życiu. Bo kocha się rodziców, czasem jakiegoś stwórcę, potem drugą połówkę się kocha, potem dzieci. Ale żeby siebie? No jak to? Egoizm! Nieprzyzwoita miłość do samego siebie. Nie wypada. Wstyd. Tak jak troszczymy się o tych, których kochamy, pomagamy im, chronimy, dbamy o ich zdrowie, tak musimy kochać, troszczyć się, martwić, pomagać i chronić siebie. Jesteśmy swoimi najbliższymi przyjaciółmi. Musimy ze sobą żyć do końca. Dlaczego więc nie żyć ze sobą w przyjaźni, zrozumieniu i miłości? Jeśli zrozumiemy, że jesteśmy warci naszego własnego czasu, uczucia do samego siebie, jeśli zaczniemy akceptować i polubimy siebie takimi jakimi jesteśmy, jeśli pokochamy siebie, wsłuchamy się w siebie to również siebie usłyszymy. Usłyszymy, czego potrzebuje nasze ciało, nasz organizm, nasza “esencja”.

Mnie pomogła joga i medytacja. I nie, nie zostałam wrednym egoistą myślącym tylko o sobie. Jestem kimś kto dba o swoje zdrowie, jakość myśli, emocje i duchowość po to, żeby czuć się ze sobą dobrze, ale też po to aby służyć pomocą innym – dzieciom, rodzinie, przyjaciołom, przechodniom czy też bezpańskim psom.

slow life dla każdego

Organizacja nie jest twoim wrogiem

Żeby jednak znaleźć czas na miłość do siebie potrzebna jest organizacja. W Stanach wyjeżdżałam do pracy przed siódmą, wracałam o osiemnastej i zazwyczaj godzinę przygotowywałam lekcje na kolejny dzień. W łóżku planowo byłam o dziewiątej, bo wstawałam o piątej. Nikt nie chodził głodny, opieka społeczna do domu nie zaglądała, bielizna była codziennie świeża, a na drugie śniadanie bywały naleśniki z siemieniem lnianym, bo po drodze przeszliśmy na dietę roślinną.

Ile mnie to kosztowało? Kilka godzin w sobotę, samozaparcie i pozytywne podejście (przy miłości do samego siebie – pikuś!). Całorodzinne planowanie menu na cały tydzień to podstawa, zapisanie dodatkowych zadań dla każdego, organizacja transportu dzieci. Zakupy i sprzątanie. Każdy sprząta swój kąt, zakupy w podgrupach. Czasem zamiast spaceru, grabienie liści.

Mój budzik dzwonił o piątej. Mrożąca krew w żyłach joga (zimy w Nowej Anglii potrafią dać w kość), medytacja i gorący prysznic. Śniadanie dla dzieci, drugie do plecaków. Wieczorem, choćby pięciominutowy, choćby w piżamie i kaloszach, spacer z psem. I wieczorna medytacja, choćby pięciominutowa, choćby zupełnie bez piżamy, tuż przed zamknięciem oka. Zaplanować, z ołówkiem w ręku – inaczej się rozejdzie, jakąś niedzielną atrakcję – spacer, plażę, góry, film, leżenie na hamaku. Niech choć przez kilka godzin będzie wiadomo, że to koniec pracowitego tygodnia, że odpoczywasz, że nie masz zupełnie nic do roboty.

Zaplanowana co do godziny przyjemność? Wiem, brzmi zupełnie nieprzyjemnie. I tutaj zapraszamy pozytywne myślenie. Możemy mieć zaplanowane, zorganizowane i spokojne życie, albo możemy spontanicznie biegać z piórkiem w dupie i pod koniec dnia, tygodnia, miesiąca paść pyskiem na wypucowane panele i ani fast, ani slow, a raczej NO LIFE at all.


Dowiedz się, jak planować posiłki krok po kroku i mieć spokojną głowę przez cały tydzień!
lub przenieś się do slow life Hanki