przyjemności listopada

Przyjemności listopada w rytmie slow

Kiedy myślałam o listopadzie i o przyjemnościach listopada, przyszło mi do głowy, że nic w tym miesiącu nie zrobiłam. Że jest to jedyny miesiąc w roku, w którym poza leżeniem na sofie, czytaniem książki, oglądaniem seriali i staraniem się przetrwać te pierwsze oznaki zimy, nie wydarzyło się nic. Nie było żadnych spotkań ze znajomymi, żadnych zorganizowanych imprez, obyło się bez wyjazdów i weekendowych wycieczek. Ba, nawet obyło się bez dłuższych spacerów. Mejówa chorowała na plecy, ja chorowałam na kiepską pogodę i tak jakoś ten miesiąc zleciał. Kiedy jednak spojrzałam na zdjęcia okazało się, że listopad przyniósł kilka przyjemności, o których dzisiaj ci opowiem.

przyjemności listopada

Moje trzy przyjemności listopada

Wszystkich Świętych

Mogłoby się wydawać, że w tym święcie nie ma nic przyjemnego. A dla nas w tym roku było. Przede wszystkim dlatego, że przez 10 lat naszego wspólnego życia, nigdy nie spędziliśmy tego święta w Polsce. Była to więc dla nas wielka lekcja rodzinnej historii, zarówno mojej, jak i Michała. Odkrywaliśmy razem rodzinne cmentarze, odwiedziliśmy po raz pierwszy wspólnie groby pradziadków, cioć i wujków. Nasłuchaliśmy się wspomnień, spotkaliśmy na cmentarzu dawno niewidzianych krewnych i całą masę znajomych. Rodzice oprowadzili nas po grobach, których sami nigdy nie znaleźlibyśmy w ogromie cmentarza. Pozbieraliśmy do kupy gałęzie z drzew genealogicznych naszych rodzin. Ten dzień pozwolił nam je trochę odkurzyć w głowach. Pogoda była piękna. Cały dzień spędziliśmy spacerując w zadumie i byliśmy wypełnieni wspomnieniami. Było naprawdę bardzo przyjemnie.

Było też niestety trochę smutno. Okazało się, że przez 10 lat odeszło od nas całkiem sporo bliskich nam osób. W tym roku pożegnaliśmy dwie babcie. W takich momentach dociera do ciebie świadomość, jak kruche jest życie i jak szybko może się skończyć. Dlatego korzystaj ze swojego, rób to co dla ciebie ważne i celebruj momenty. Brudna podłoga może spokojnie poczekać…

przyjemności listopada

przyjemności listopada

Czechy

W drodze powrotnej z Polski zatrzymaliśmy się w Czechach. Wstępny plan był taki, że pojedziemy do Pragi. Mieliśmy jednak problem ze znalezieniem noclegu na ostatnią chwilę. Był to długi weekend, byliśmy z psiakami. Nie chcieliśmy spać poza centrum, a i w centrum wydawać majątku na nocleg. Znaleźliśmy więc inne czeskie miasteczko, w drodze do Pragi, warte zobaczenia. Miejsce to nazywa się Kutná Hora. Tam znaleźliśmy uroczy hotelik i spędziliśmy popołudnie wraz z porankiem spacerując po miasteczku. Okazało się, że jest naprawdę przepiękne. Jeżeli ktoś, tak jak my, nie przepada za wielkimi miastami, myślę że będzie mu się podobać. Można się z wielką przyjemnością zgubić w małych uliczkach aby na koniec dotrzeć do kościoła świętej Barbary. Robi on niesamowite wrażenie. Tak mi się podobał, że dotarłam pod ten kościół aż trzy. Prezentował się pięknie zarówno w ciągu dnia jak i wieczorem otulony światłami.

Następnego dnia pojechaliśmy do Pragi. Lubię Pragę, ale tłumy ludzi mnie przerażają. Kiedy jeszcze lata temu podróżowaliśmy bez psów może tego tak bardzo nie odczuwaliśmy. Teraz jednak w miastach męczą się i one, i my. Praga jest cudowna, ale na starym mieście nawet nie masz okazji tego zauważyć. Wszystko zakryte jest mnóstwem turystów, chorągiewkami, ludźmi wciskającymi na siłę bilety na busy hop on/hop off lub okulary przeciwsłoneczne. Trochę mi było przykro, bo od dłuższego czasu marzył mi się powrót do Pragi…

Może kiedyś uda nam się tam pojechać w tygodniu i pójść na spacer o 8:00, rano zanim do centrum wleje się fala ludzi. Wtedy znów docenię to miejsce, a tym razem naprawdę czekaliśmy tylko na to, żeby wsiąść do samochodu i uciec.

przyjemności listopada

Sofa

Czyli to, co pisałam we wstępie.

Po powrocie z Polski zapuściłam korzenie na sofie. Akurat zdarzyło się tak, że Michał przez większość listopada był w domu i dzięki temu miałam miesiąc lenistwa. Nie wchodziłam do kuchni, bo mąż mnie rozpieszczał, nie robiłam zakupów, nie wychodziłam z psami na spacer. Po prostu był to dla mnie miesiąc nicnierobienia. Trochę siedziałam przy blogu, choć wiesz, że też nie za dużo. Sporo jednak pracowałam zawodowo. Po powrocie z pracy następował u mnie odpływ energii, któremu z ogromną przyjemnością się poddawałam.

Listopad to kiepski miesiąc, przesilenie daje się we znaki, nie wiadomo czy jest jesień, czy zima, jest buro i mało przyjemnie. Dużo bolała mnie głowa, dużo chciało mi się spać. Jadłam niezdrową pizzę, opychałam się niezdrowymi chipsami, czekoladą i oglądałam seriale. Teraz wreszcie powoli znowu zbieram się do życia. Przygotowuję grudzień, planuję świąteczny wyjazd. Myślę już o wiośnie, mam mnóstwo pomysłów blogowych. Nie mogę doczekać się nowego roku. Ten był emocjonalnym fuj i mam go już zdecydowanie dość, myślę że na sofie właśnie mój organizm go odreagowywał i ten miesiąc nicnierobienia, był mi potrzebny.

A tobie jak minął listopad? Czy też dopadły cię listopadowe skutki pogodowe i chciałaś zapaść w sen zimowy tak jak ja? Mam nadzieję, że jeśli tak, to już razem ze mną wygrzebujesz się z tej nory.


Zajrzyj też do przyjemności października.